Opis 61.Zlotu w Antoninie

 (środa) Święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny 15 sierpnia - 17 sierpnia 2012  (piątek)

Trasa:

Środa 15 sierpnia 2012

Kolejami: Legnica - Wrocław; Wrocław - Ostrów Wielkopolski

Na kołach: Ostrów Wielkopolski - Przygodzice - Mikstat - Antonin; 47 km

Czwartek 16 sierpnia 2012

Antonin - Ludwików - Huta - Odolanów - Świeca - Antonin; 41 km

Piątek 17 sierpnia 2012

Antonin - Ostrzeszów - Kobyla Góra - Międzybórz Sycowski

Kolejami: Międzybórz - Wrocław; Wrocław - Legnica

Na kołach: Legnica - Piekary; 44 km

--------

Razem 132 km

Osoby: Mira z Wrocławia i Halina z Legnicy oraz Marylka ze Szprotawy, Wanda, Krystyna, Barbara z Krakowa, Halina z Książa Śląskiego, Andrzej i Irek z Wrocławia i 400 innych turystów np. z Konina, Poznania i całej Polski oraz kilku z Ukrainy.

15 sierpnia 2012 środa

Dzień trwał 14 godz. i 37 min.
i był krótszy od najdłuższego dnia w roku o 1 godz. i 59 min.

Mimozami jesień się zaczyna...

Raniutko, gdy jeszcze było ciemno zaczęła się podróż kolejami przez Wrocław do Ostrowa Wielkopolskiego na pograniczu województwa Dolnośląskiego. We Wrocławiu ok. 7.00 było 16,4 *C i bardzo słonecznie. Na stacji Wrocław Główny korzystałyśmy z Mirą a windy dla rowerów.

Na polach trwały żniwa.

10.40 Ostrów Wielkopolski; 19,2 *C i coraz cieplej. Zwiedziłyśmy pusty Rynek, bo ludzie w kościele, wszak było święto kościelne.

Podeszłyśmy na ulicę Raszkowską aby obejrzeć synagogę. Warto było podziwiać styl orientalny.

Szachulcowy kościół z XVII wieku zachwycił architekturą z emporami. Trzeba było poczekać chwilę, aż z kościoła wyszli ludzie z bukietami.

Wąską sionką między budynkami trafiłyśmy prosto pod konkatedrę. Kolos w stylu neoromańskim z czerwonej cegły zbudowano nieco ponad 100 lat temu.

Właśnie zaczęła się msza, więc nie dane nam było oglądać interesującego wnętrza.

Obok kościoła straszyło zasiekami więzienie. O 12.20 wyjechałyśmy pod słońce. Na rogatkach miasta powitał rowerzystów wielki billboard mówiący o 61.Zlocie w Antoninie. We wsi Przygodzice widziałyśmy prastary grób skrzynkowy, który miał jakieś dwa i pół tysiąca lat.

Przecięłyśmy ciek wodny, mocno zarośnięty zwany kanałem Chynowskim i turlałyśmy się kamienną drogą przez las, gdzie ok. 13.50 zrobiłyśmy przerwę obiadową poczym wjechałyśmy na normalny asfalt.

14.10 wieś Chynowa; 29 km, trafiłyśmy na dożynki z hasłami w stylu "Wójcie drogi ! Popatrz pod nogi, jakie mamy drogi". Tambylcy nastraszyli, że Antonina jest jeszcze bardzo daleko, więc niebawem pojechałyśmy pod górkę. Przy drodze stały jabłonie i grusze oblepione dojrzałym owocem.

Wieś Kotłów przyciągała jak magnes, bo i miejsce było magiczne. Kościół wysoko położony, otoczony podwójnym murem z romańską absydą zrobił wrażenie. Do tego pomnik informował: "W imię Boże... za panowania Bolesława Krzywoustego z pobożności i hojności palatyna Piotra Włostowica kościół poświęcony Maryi fundowano w 1108 r." (Piotr Włostowic - możnowładca, który władał Śląskiem skończył jak Jurand ze Spychowa - książę Władysław kazał Piotra oślepić, a jako oszczercę skazał go dodatkowo na obcięcie języka). Kotłów liczył sobie ponad 900 lat historii.

16.00 Mikstat; 36 km. Miasteczko położone na wysokości 215 m n.p.m. ma ok. dwóch tysięcy dusz i nazwę pochodzącą od niemieckich komarów i końcówki stat czyli miasto. Komarów na szczęście do było. Kościół, który wyglądał jak barokowy, w rzeczywistości był neobarokowy i pochodził z XX wieku. Dobrą drogą przez las dojechałyśmy prosto do Antonina.

16.50 Antonin; 47 km

Trafiłyśmy prosto na imieniny kol. Marysi ze Szprotawy, która mieszkała w domku campingowym. Rozbiłyśmy namiot po sąsiedzku.

Wieczorem byłyśmy chwilę na zlotowym występie kabaretu, ale jak zaczęła się medyczna prezentacja multimedialna na temat "Stopy cukrzycowej" - to: No comment !

 

W czwartek zwiedzanie Odolanowa.

Ok. 10.00 pustymi rowerami podjechałyśmy parę metrów do pałacu w Antoninie. Dla rodziny Radziwiłłów zaprojektował go F. Shinkiel. Prawdziwe dzieło sztuki budowlanej otoczone parkiem. Oglądałyśmy pałac myśliwski, w którym grywał Chopin. Pałac jest w zasadzie rotundą, ale na rzucie krzyża łacińskiego. W środku biesiadowano, sypiano w bocznych skrzydłach hotelu.

Ok. 11.00 wyjechałyśmy z Antonina, kawałeczek krajową 11, przez tankstelle na krajową 25. Ruch drogowy był spory, ale zaraz zakręciłyśmy w boczną drogę gdzie na polach trwały żniwa i zwożono walcowate baloty słomy. We wsi Ludwików minęłyśmy schronisko młodzieżowe, a dalej usłyszałyśmy klangor żurawi, po czym Mira trzaskała fotki żurawiom, które pasły się jak krowy na łące.

Czasu miałyśmy pełne garście, więc jechałyśmy dalszą drogą. Pogoda była ciężka. Gorąco, duszno i zachmurzenie pół na pół. Wjechałyśmy w piaskową drogę przez las. W lesie panowała głucha cisza.

W runie perliły się czerwone koraliki konwalii majowych i borówek. Kwitły wrzosy. Ciężko jechało się po piochu, chwilami trzeba było prowadzić rowery.  Około południa dojechałyśmy do miejscowości Huta. Na gniazdach jeszcze wygrzewały się wypasione bociany.

12.40 Odolanów; 18 km. Oglądałyśmy Park w Dolinie Baryczy, długi, ale wąski.

W Odolanowie widziałyśmy fontannę, Rynek, ratusz z XIX wieku, kościół poewangelicki i ruinę synagogi.

Sporo czasu spędziłyśmy w Parku Natury. Był tam m.in. labirynt roślinny, obserwatorium astronomiczne, pomniki, zegar słoneczny, altany, siłownia na powietrzu, fontanny, stawy z nenufarami, zagrody wiejskie, skatepark dla rowerów ekstremalnych itd. Powierzchnia zajmuje 16 ha.

Ok. 15.00 wyjechałyśmy na Ostrzeszów. Teren był niby plaskaty, ale czasem trzeba było podjechać pod jakąś górkę. Na łące we wsi Świeca stało sobie samotne krzesło. Dobrym asfaltem ciągnęłyśmy przez las (Czarnylas). W ogrodach przydomowych kwitły lilie jak dzwony. Żniwa, żniwa i ...podorywki a nawet zasiane.

16.50 Antonin; 41 km

 

Dzień wyjazdu.

W nocy lał deszcz. Rowery bez saków stały przypięte do sosny, więc nie ucierpiały. Rano zaprosiłyśmy się z Mirą na kawę do domku Marysi, Wandy i Gosi. Od rana było cieplutko; 21 *C.

Koleżanki pojechały na Mikstat. W oczekiwaniu aż wyschnie namiot wilałyśmy się po campingu Lido. Nad jeziorem jest regularna plaża. Około południa wyjechałyśmy objuczonymi rowerami do rozjazdu krajowych dróg 11 i 25 i między nimi trafiłyśmy w szutrową drogę pożarową nr 6 przez las oznaczoną zielonym szlakiem rowerowym. Miłe złego początki - powiedziała czarownica wbijana na pal. Początek drogi był świetny, potem przejezdny, a jeszcze potem była drogą przez mękę. Koła grzęzły w piachu po osie. Zrobiło się gorąco, parno i duszno a piochy ciągnęły się bez endu. Osiem kilometrów robiłyśmy prawie dwie godziny.

Wreszcie, ok. 13.40, wjechałyśmy na asfalt, na rogatki Ostrzeszowa. Zrobiłyśmy chwilę przerwy na jedzenie i odpoczynek.. Droga na Syców była pod górę, pod słońce i pod wiatr. W Kobylej Górze odbiłyśmy na Międzyrzecz i zaraz dojechałyśmy do zalewu Blewązka z lat 1978 - 83. Żwirówką pojechałyśmy do Zmyślonej Ligockiej. Pola ozdobiły kwitnące słoneczniki.

16.00 Międzybórz; 39 km

Najpierw powitał na kościół poewangelicki na górce.

Miejscowość przelotowa. Chwilę czekałyśmy na pociąg w towarzystwie dźwięków akordeonisty.

We Wrocławiu z powodu drobnego braku rozkładu jazdy na piątym peronie trzeba znieść rower po schodach, tylko po to, żeby przeczytać, że pociąg do Legnicy odjeżdża też z piątego peronu. Poza tym Ok !

Zdjęcia: Mira Stępień. Tekst i zdjęcia Halina Bierwiaczonek