Opis Rajdu nad Bałtykiem

Kołobrzeg - Ustka

15 – 22.06.2012 (piątek - piątek)

Bohaterowie opowieści: Halina, Staszek, Ania i Mira.

Spis treści:

Rozdział I. Dziennik okrętowy.

Rozdział II. Śniadania a' la Staszek.

Trasa:

15.06.2012 piątek

Legnica i Kołobrzeg; 15 km.

16.06.2012 sobota

Kołobrzeg – Podczele – Ustronie Morskie – Unieście – Gąski; 39 km.

17.06.2012 niedziela

Gąski – Sarbinowo – Łazy – Dąbki; 39 km.

18.06.2012 poniedziałek

(pieszo) Dąbki – Darłówko – Dąbki.

19.06.2012 wtorek

Dąbki – Żukowo Morskie – Darłowo – Darłówko – wicie – Jarosławiec; 31 km

20.06.2012 środa

Jarosławiec – Jezierzany jez.. Wicko – Naćmierz – Rusinowo – Jarosławiec; 16 km

21.06.2012 czwartek

Jarosławiec – jez. Wicko – Łącko – Korlino – Królewo – Marszewo – Złakowo – Zaleskie – Pęplino – Wodnica – Ustka – Grabowo – Włynkowo – Słupsk; 65 km

22.06.2012 piątek

Słupsk – stacja kolejowa (Szczecinek – Wrocław – Legnica) – Legnica Piekary: 6 km.

=========

Razem 211 km

 

15.06.2012 słońce w Legnicy wzeszło o godz. 03:39, a zaszło o 20:13.

Dzień trwał 16 godz. i 34 min. i był dłuższy od najkrótszego dnia w roku o 8 godz. i 42 min oraz krótszy od najdłuższego dnia w roku o 1 min.

Deszczyk pada, słonko świeci już historyjka leci.

1 dzień. 15 czerwca 2012 piątek Kołobrzeg

W Legnicy w piątkowy poranek szynobus z Drezna był nieco spóźniony, ale we Wrocławiu zdążyliśmy na przesiadkę do pociągu na Kołobrzeg. W wagonie rowerowym na końcu pociągu wisiało i stało ok. 20 rowerów, jednak i nasze cztery zmieściły się bez problemu. Pojedyncze miejsca siedzące były rozrzucone, co nie przeszkadzało w myszkowaniu po zapasach żywnościowych w porze obiadowej. Słoneczna pogoda sprzyjała podróży i ok. 19.00 wysiedliśmy na stacji Kołobrzeg. Jechaliśmy ok. pięciu km na południe, do Radzikowa drugiego, gdzie Mira wcześniej zaklepała nocleg. Rzuciliśmy rowery do garażu przy willi i nawet nie oglądając kwatery poszliśmy z buta na plażę. Dość długo szliśmy pustym deptakiem przez tereny podmokłe i zabagnione. Morze przywitało nas spokojem, zmierzchem, piskiem mew i pustą plażą. Po długim odpoczynku, już po ciemku wróciliśmy na kwaterę.

2 dzień. 16 czerwca 2012 sobota Gąski

W sobotę, przy pięknej pogodzie wrąbaliśmy śniadanie na trawie i ruszyliśmy objuczonymi rowerami na zwiedzanie Kołobrzegu. A propos śniadań - na końcu opowieści są peany pod adresem Kol. Staszka, bo swym kunsztem kulinarnym mógłby zawstydzić nie jedną gospochę.

9.45 Kołobrzeg. Cmentarz wojenny (obok cmentarza komunalnego) Przybyszów wita pomnik „W hołdzie uczestnikom walk o Kołobrzeg, pod Lenino, Monte Cassino cześć i chwała żołnierzom polskim”

Podczas bitwy o Kołobrzeg w marcu 1945 r. poległo blisko 1,5 tys. żołnierzy. Mogiły powstawały na terenie parków, skwerów, portów oraz na prowizorycznych cmentarzach. Pierwszy mały cmentarz powstał u stóp latarni morskiej. Nekropolia istniała do lat 60 XX w., po czym ekshumowano zwłoki przenosząc je na obecny cmentarz. Proces zakończył się w 1963 r. W latach 70 cmentarz został rozbudowany. Prace zakończyły się w 1980 r. Wyryte nazwiska na granitowych płytach nie są jednoznaczne z miejscami spoczynku. Żołnierze nie posiadali „nieśmiertelników”. W kilku przypadkach okazało się, że na płytach widnieją nazwiska żołnierzy, którzy przeżyli wojnę. (inf. z Netu: Interaktywny przewodnik po Kołobrzegu)

Wyjechaliśmy ul. Żurawią, przecięliśmy Drzewny Kanał Parsęty i samą rzekę i trafiliśmy na Skwer Pionierów z fontanną, widzieliśmy Basztę Prochową no i katedrę z rozchylonymi kolumnami. Nie wiadomo dokładnie kiedy, ale w XIV wieku, na skutek osiadania gruntu cztery pary filarów w nawie głównej, uległy odchyleniu na odległość 60 cm. Przy Ratuszu pana F. Schinkla były takie tłumy, że szybko stamtąd wialiśmy na deptak pod Latarnię, gdzie były jeszcze większe tłumy. Przy latarni zima, lato stoi kataryniarz z papużkami. W sobotę też grał na katarynce ściągając grono słuchaczy. Było gorąco (27,5 stopnia C) i gwarno. Ok. 12.30 mieliśmy dość tłumu i zaczęliśmy przedzierać się szlakiem „Bike the Baltic” na wschód. Przecisnęliśmy się Bulwarem im. Jana Szymańskiego na promenadę. Aleja miejscami była w generalnym remoncie.

Dalej gnaliśmy z takim wiatrem w plecy, że miejscami trzeba było hamować. Ok. 13.15 Staszek zarządził drugie śniadanie na plaży. Rozpieszczał nas kanapkami z sałatą lodową z Bartoszowa pod Legnicą. Przez Sianorzęty tylko przelecieliśmy i już Ustronie Morskie. Przecięliśmy rzeczkę Łopieniczkę, która wpada prosto do morza. Zaczęliśmy rozglądać się za noclegiem. Minęliśmy Marynarkę Wojenną PR, potem lotnisko i za lasem pokazała się latarnia morska w Gąskach. Pierwsze domki campingowe w Gąskach były drogie, drugie były jeszcze droższe, bo z wyżywieniem, trzecie były na co najmniej trzy doby.

Ok. 16.00 w Gąskach zapytaliśmy w „Frei Zimmerach” w willi „Wellana”przy ul. Nadbrzeżnej 58 i oferta nam przypasowała; 39 km. Nocowaliśmy na tapczanach z satynową pościelą. Poszliśmy plażą pod latarnię morską Gąski na smażoną rybę, gdzie znajdowała się cała cepelia.

Latarnia morska w Gąskach została oddana do użytku w 1878 r. Do budowy użyto ciemnoczerwonej licowanej cegły. Materiały na budowę dowożono morzem, gdzie statki rozładowywano na specjalnie zbudowanym pomoście.

Średnica latarni u podstawy ma 11,3 m, grubość murów 2,3 m. Wysokość latarni 41 m, zaś jej szczyt znajduje się na wysokości 50,2 m n.p.m. Zasięg światła wynosi 43 km.

Aby wejść na szczyt trzeba pokonać 227 granitowych stopni (14 pięter) (Inf. z billboardu w Gąskach)

Wieczorem rozpadał się deszczyk. Na kwaterze oglądaliśmy mecz „ostatniej szansy” z Czechami. We Wrocławiu na stadionie lał deszcz.

 

3 dzień. 17 czerwca 2012 niedziela Dąbki

W niedzielny, upalny poranek Staszek przygotował królewskie śniadanie (patrz rozdz. II) i zaraz pojechaliśmy asfaltową drogą na wschód, gdzie oczy poniosą. Na słupach ogłoszeniowych widniały żółte plakaty „Stop dla atomu w Gąskach” Z drogi widzieliśmy falujące morze. Jadąc gruntową drogą Mira złapała gumę w przednim kole. Po dwudziestu minutach dętka została wymieniona.

10.30 Sarbinów. Staszek zauważył promenadę na rampie tuż nad plażą. Było tam tak piknie, że zjechaliśmy z wyznaczonego szlaku, by cieszyć się morzem: pensjonatami z widokiem na morze, grajdołkami, latawcami, keitserferami, skuterami wodnymi, kolorowymi parasolami i parawanami na plaży. Koło kościoła trzeba było jednak wrócić na drogę.

11.00 Chłopy. Na głównym placu stała łódź. We wsi znajduje się dużo zabytkowych chałup rybackich z czasów ich budowy tj. z lat 20-30 ubiegłego wieku. Obejrzeliśmy port rybacki. Kutry akurat wróciły z morza, rybacy porządkowali sieci, w skrzyniach stały świeże flądry i turboty. Ponieważ smażalnię otwierano o 12.00 urządziliśmy sobie przerwę plażowo – kulinarną. Tuż za wsią Chłopy jest kamień „meridianstein” z zaznaczonym 16 południkiem. Dalej jechaliśmy cudnym lasem bukowym.

13.00 Mielno: 15 km. Przywitała nas jakaś surrealistyczna żółta rzeźba dinozaura ze stali z plakatem „Nie dla atomu”.

Staszek poprowadził deptakiem na promenadę. Z wysokiego pomostu widzieliśmy tłum plażowiczów. Było tam tłoczno, gwarno i szybko wyjechaliśmy dalej. Mielno łączy się z Unieściem. Ścieżką rowerową pędziliśmy z wiatrem na Łazy. Po bokach widać było z lewej morze a z prawej jezioro Jamno. Na ścieżce jeździli wrotkarze. Nagle ok. 15.00 spadł deszcz. Zanim Ania zdążyła zapiąć swój płaszcz p/deszcz przestało lać. Zrobiło się słonecznie i gorąco.

Za Łazami szlak skończył się absolutnie z powodu bagien i chaszczy nadmorskich bez ostrzeżenia i bezapelacyjnie. Pozostało objechać drogą wiele kilometrów lub pojechać plażą 5 km do campingu w Dąbkowicach. 15.45 poszliśmy pieszo w huku morza. Ciężko było pchać rowery po piachu. Mieliśmy wiatr w plecy. Chwilami brodziło się w falach Bałtyku. Koła szybko obciążyły się „tonami” piachu, który blokował hamulce, łańcuchy, przerzutki... Plaża była zupełnie bezludna i zupełnie nie było muszelek. Choć było bardzo pięknie z utęsknieniem wypatrywaliśmy oznak cywilizacji.

17.20 Dąbkowice. Zaś cudnym asfaltem pomknęliśmy przez las sosnowy. Początkowo rowery chrobotały, trzeszczały i chrzęściły. Ania zgubiła śrubki od wąsa błotnika przedniego. Przywiązało się sznurówką do widelca. Na ścieżce rowerowej jeździły wieloosobowe gokarty rowerowe.

18.00 Dąbki 39 km. Kwatera w domkach campingowych przy ul Morskiej. Domek nazywał się „Wydma 20” i miał werandę, grill, stół i fotele ogrodowe, parawan plażowy, tv, aneks kuchenny o toalecie z ciepłą wodą nie wspominając. Obiekt był strzeżony całą dobę i blisko było do smażalni, sklepu i na plażę. Do późna oglądaliśmy bajeczny zachód słońca, potem mecz w tv, potem nawet wyniku się nie pamięta.

 

4 dzień. 18 czerwca 2012 poniedziałek Dąbki

Poniedziałek. Dzień wolny w Dąbkach. Kobitki poszły piechotą, facet jeździł rowerem do Darłówka. Pogoda była cudna. Na plaży najpierw były tłumy, potem pusta, dzika plaża. Na wysokości lotnika wojskowego widzieliśmy betonowy bunkier, który w czasie wojny służył jako cel doświadczalny dla największych armat. Dalej widzieliśmy radar. Ciężko szło się piachem plaży, ale jak tam było pięknie. Słońce nas strzaskało. Dopiero ok. 14.20 dobrnęłyśmy do trapu plażowego w Darłówku Zachodnim. Bannery reklamowe zaprowadziły nas do Tawerny Posejdona gdzie barman akurat wyjmował brytfanny ryb z wędzarni. Najmniejsza porcja dorsza ważyła 60 deka. Płetwy zwisały z talerza. Jadłyśmy godzinę, drugą godzinę bujałyśmy się w cieniu na hamakach rozpiętych między sosnami. Muzyczka grała, zimniutkie piwko się popijało, aż upał nieco zelżał.

Poszłyśmy oglądać latarnię morską, port i most rozsuwany na Wieprzy. Wszędzie przetaczały się tłumy turystów.

Wracając poszłyśmy czarnym szlakiem obok wojska ul. Lotników Morskich przez łąki i pastwiska do wsi Żukowo Morskie. Zabrakło siły aby dojść do Dąbków, więc poczekałyśmy na PKS. Staszek nas zaszczycił na rowerze, przywożąc wodę pitną. Wioska oprócz zajęć statutowych trudniła się usługami turystycznymi wszelkiej maści od wynajmu kwater, przez rejsy wędkarskie, hippikę do agroturystyki. Bilet za przejazd kosztował 3 zeta. Wieczorem rozpętała się czarna i hałaśliwa nawałnica z błyskawicami

 

5 dzień. 19 czerwca 2012 wtorek Jarosławiec

We wtorkowy słoneczny poranek przytroczyliśmy saki do rowerów i w drogę gdzie oczy poniosą. Poniosły do Jarosławca. Droga zaczęła się ścieżką rowerową do Darłowa, przez Wieprzę z widokiem na Wyspę Łososiową prosto na wieżę Zamku Książąt Pomorskich. Z tarasu był ciekawy widok na rzekę, fosę oraz dziedziniec.

Darłowo

Siedziba korsarza emeryta i Białej Damy.

Na terenie Pomorza Środkowego znajdują się dwa zamki, które przez historyków bywają określane mianem wdowich, w nich bowiem dożywały ostatnich dni żony zmarłych książąt z dynastii Gryfitów. Są to zamki w Darłowie i Słupsku.

Darłowski Zamek Książąt Pomorskich zbudował na rzecznej wyspie zięć Kazimierza Wielkiego, książę Bogusław. Gotycki zamek, wzniesiony w latach 1352 - 1370, wielokrotnie przebudowywali i rozbudowywali kolejni władcy. Najsłynniejszym lokatorem darłowskiego zamku był Eryk I, który w latach 1397-1440 był królem Danii, Szwecji i Norwegii. Po detronizacji osiadł na Gotlandii, gdzie zajął się pirackim rzemiosłem, łupiąc kupieckie statki na Bałtyku. Ostatnie 10 lat życia spędził na darłowskim zamku. Krążą legendy o ukrytych tu przez niego pirackich skarbach.

(http://polskaniezwykla.pl/web/place/13671,darlowo-siedziba-korsarza-emeryta-i-bialej-damy.html)

Podjechaliśmy do Rynku w Darłowie i zachwyciliśmy się urodą placu z Ratuszem i Fontanną - Pomnikiem Rybaka

Fontanna z 1919 roku, z posągiem rybaka na szczycie centralnego cokołu, została wybudowana wg projektu niemieckiego artysty Wilhelma Grossa. Reliefy znajdujące się na fontannie przedstawiają m. in.: początki miasta, robotników portowych przy pracy, hanzeatycki żaglowiec oraz pastwiska miejskie - dawniej wypasano na nich gęsi, z których przygotowywano przysmaki eksportowane za granice. (Inf. z banneru miejskiego)

Z Mirą zwiedziłyśmy w Darłowie kościół Matki Boskiej Częstochowskiej gotycki, wielokrotnie przebudowywany. Ciekawa była drewniana rzeźbiona ambona.

Wszyscy razem przemieściliśmy się do Darłówka. Wczoraj zwiedzaliśmy część zachodnią, dziś pojechaliśmy zgodnie ze szlakiem do części wschodniej. Morze szalało i huczało po wczorajszej burzy. Na falochronie zaś zasiadały tłumy ludzi. Przez chwilę znaleźliśmy się w oku kamery internetowej umieszczonej na dachu hotelu Apollo.

Ok. 12.00 wjechaliśmy w najcudniejszy odcinek całej trasy tj. na wysoki wał z utwardzoną ścieżką rowerową w lesie sosnowym z widokiem na wzburzone morze. Morze pachniało jodem i wiatrem, a w lesie śpiewały ptaki, kukały kukułki itp. Silny wiatr dmuchał prosto w plecy. Ruchu rowerowego prawie nie było. Na plażach tylko pojedyncze grajdołki, a dalej to już zupełnie plaża na plaży.

 

Chciałoby się tak jechać i jechać bez Endu jednak Ania zaordynowała odpoczynek na piachu. Staszek rozpakował drugie śniadanie dla wszystkich, Mira robiła zdjęcia korzeniom wysmaganym przez morze, Halina zbierała granitowe otoczaki turlane całymi wiekami ze Skandynawii, Ania opalała się za kłodą korzystając z jej zacisza. Wiatr od morza szybko obniżył temperaturę, mimo słońca zrobiło się chłodno (19,3 stopnia C). Ruszyliśmy dalej cudnym klifem z widokiem białych grzywaczy, hukiem i zapachem morza. Ok. 14.20 dojechaliśmy do miejscowości Wici i zaraz wjechaliśmy w stojankę na pasie awaryjnym lotniska. Szerokim asfaltem też się fajnie jechało z widokiem na morze.

15.30 Jarosławiec, port rybacki; 31 km. Nikomu nie chciało się rozglądać za kwaterą więc wysłało się Staszka, bo uparł się na pokój z widokiem na morze. Szybko znalazł przy ul. Słonecznej 15. Ania poszła na zwiady (na telefoniczne zawołanie Staszka) i zakochała się w tej willi, która stała blisko portu rybackiego i tawerny portowej. Gdy Ania wróciła po rower była cała w skowronkach; piszczała „Jakie piękne miejsce, sama wybrałam ten taras w różach”. Staszek cieszył się: „Mam wygodny warsztat do szykowania śniadań z widokiem na morze”. Halinie „księgowej” przypasowała wynegocjowana cena. Mira stwierdziła, że kwatera i gospodarze są sympatyczni, a do do Ustki zostało niewiele kilometrów, więc możemy tu zostać nawet na dwie noce, bo jest tu po prostu ładnie. Rzuciliśmy rowery do ogrodu i z buta posnuliśmy się do latarni w Jarosławcu.

Latarnia w Jarosławcu powstała w programie budowy latarń morskich wspierana ze środków pochodzących z kontrybucji po zakończeniu wojny napoleońskiej. Powstała jako trzecia w kolejności takich obiektów budowana na obecnym polskim wybrzeżu. Rok budowy 1838.

Wysokość wieży 33,3 m. Latarnia ma 6,5 m, średnica wieży u podstawy 6,35 m.

Plan budowy obejmował kolejno:

Rozewie 1822 r.

Hel 1827 r.

Jarosławiec 1838 r.

Świnoujście 1857 r.

Niechorze 1866 r.

Gąski 1878 r.

Czołpino 1886 r.

Cytat z obwieszczenia: „Światło latarni: Białe przerywane co 2 min. Jedno zaciemnienie co 50 sek.” Wewnątrz, w osi soczewki umieszczone były w szklanej osłonie palniki naftowe o dużej sile światła.

Taki system był do 1901 r, potem były lampy gazowe, zaś elektryczne.

Po drugiej wojnie światowej nazwano latarnię „Jackowo”. W l. 1950 wprowadzono nazwę Jarosławiec.

Od 1902 r. po zmianie systemu świetlnego ustalono charakterystykę światła na błyskowe. Grupowe z okresem 9-sek. I tak jest do dziś.

(Inf. Z broszury „Latarnia Morska Jarosławiec” Iwona Pietkiewicz z r. 2010)

Snuliśmy się w upale po handlowych ulicach gdzie sprzedają muszelki, lody, leżaki, parawany, pamiątki, koszulki, okulary, parasole, czapki kapitańskie, bańki mydlane itp. itd.

Na obiad załapaliśmy się do baru, który pamięta czasy dawno minione i gdzie po staremu dobrze gotują. Jedliśmy uchę (prawdziwą rosołową) i śledzia smażonego. Wieczorem podziwialiśmy zachód słońca ciesząc się najdłuższymi dniami w roku. Morze grzmiało, huczało, dudniło i pieniło się falami.

 

6 dzień. 20 czerwca 2012 środa Jarosławiec

Jarosławiec. Willa Słoneczna 15. Środa wolna od zajęć. Rano padał deszcz, potem już tylko deszczyk. Po nieśpiesznym śniadanku Ania i Staszek zalegli na bujanej ławce na tarasie, Halina i Mira wyszły oglądać betonowe umocnienia brzegu Bałtyku w Jarosławcu. Umocnienia w postaci betonów i brusów Larsena pamiętają Niemców. Zbudowano je na krótko przed II wojną światową.

W runie leśnym na wysokim brzegu rosły kokorycze, konwalie dwulistne, dzikie porzeczki i agresty, wiciokrzewy pomorskie, zwyczajne szczawiki zajęcze i mnóstwo rozchodników. W Jarosławcu podziwiałyśmy stare domy rybackie i nowoczesne pensjonaty.

Na obiad zjadłyśmy oczywista, dorsza smażonego i potem pojechałyśmy na kołach do Jezierzan nad jezioro Wicko.

Koło wsi Naćmierz podziwiałyśmy panoramę Jarosławca i farmę elektrowni wiatrowych. Wieczorem wylądowałyśmy w tawernie portowej w Jarosławcu przy piwku.

 

7 dzień. 21 czerwca 2012 czwartek Słupsk

W czwartek rozpoczęło się astronomiczne lato. W nocy lał deszcz więc dobrze się spało na pięterku z widokiem na morze. Po jajecznicy w Jarosławcu zebraliśmy się w trasę do Słupska.

Ponownie zajechałyśmy nad jezioro Wicko. We wsi Łącko zobaczyliśmy drogowskaz rowerowy: do Ustki 23 km. Jechaliśmy wszelakimi drogami; była z płyt ażurowych tylko dla rowerów, była asfaltowa oraz trawiasta, zaś droga powiatowa. Minęliśmy wieś Królewo z domami w kratkę, dalej pofałdowanymi terenami z drogami kolorowymi od margaretek, łubinów, bobików, zbóż.

W południe we wsi Złakowo kupiliśmy łubiankę truskawek prosto z pola z piaskiem, wtrząchnęliśmy ją w tri miga, bez mycia. Sensacji żołądkowych nie było.

 Przy szutrowej drodze jedliśmy czereśnie, choć drugie śniadanie Staszek przygotował jak zwykle. Z trudem pokonaliśmy stromy most na Słupi przed Ustką.

15.00 Port w Ustce; 37 km. Wiatr od morza tak hulał, że tylko Halina i Staszek podjechali do ujścia Słupi. Po Ustce trudno jeździło się rowerem, bo nie było ścieżek rowerowych tylko deptaki dla pieszych.

Po godzinie zwiedzania ruszyliśmy na drogę krajową 21 z szerokim poboczem. Droga była huśtawą pod górkę i pod wiatr. Na rogatkach Słupska zrobiliśmy zakupy wiktuałów na jutrzejszą drogę kolejową i rozpytaliśmy o nocleg. Pani Słupszczanka polecała hotelik Atenę, ale gdy nad Słupią zobaczyliśmy Hotel PTTK to „musieliśmy” tam zatrzymać się.

18.20 Słupsk 61 km. Halina i Mira skoczyły na stację kolejową po bilety na jutrzejszy pociąg do Legnicy. Ania i Staszek rozpakowywali się na pięterku. Do stacji okazało się jest niecałe 2 km. W drodze powrotnej można było zajrzeć na starówkę i obejrzeć neogotycki okazały ratusz. Rowery zapakowało się do świetlicy i można było zamówić smażonego dorsza na kolację z obiadem za jednym przysiadem. Wieczorem Mira przygotowała stertę kanapek na drogę.

 

8 dzień. 22 czerwca 2012 piątek Legnica

Piątek zaczął się o piątej rano, bo Staszek nastawił budzik. Było na tyle wcześnie, że można było wypić po małej kawie i trzeba było opuścić bazę. Znieśliśmy rowery po kilku schódkach Hotelu PTTK. Ania zniosła swój rower, torebkę i koszyk z kierownicy i gdy już mieliśmy wyruszać zawołała: - stójcie, sakwojaża zapomniałam !

Rano było 19,6 stopnia C i w powietrzu pachniało deszczem. Pociąg do Szczecinka był prawie pusty. Ok. 10.00 mieliśmy przesiadkę do pociągu Intercity na Kraków czyli do Wrocławia. Wagon rowerowy był tak mały, że zmieściło się tylko pięć rowerów. Pociąg nie był mocno zatłoczony, jednak wolnych miejsc nie było. Ociepliło się na dworze.

16.10 Wrocław Główny. Mira zorientowała się, z którego peronu odjeżdża lokalny pociąg do Legnicy. Normalnie odjeżdża z czwartego peronu. Nim sturlaliśmy się po schódkach z objuczonymi rowerami w tłumie innych podróżnych zapowiedziano, że wyjątkowo nasz pociąg zostanie podstawiony na piąty peron. Cały tłum oczekujący na czwartym runął w dół i pochłonął nas z rowerami. Dopiero na peronie rozluźniło się i gdy dotarliśmy na koniec pociągu gdzie zwykle jest wagon dla podróżnych z większym bagażem ręcznym i władowali się do niego, pociąg ruszył.

17.45 Legnica. Prawie koniec Rajdu, bo teraz nastąpi:

Rozdział II. Śniadania a' la Staszek to mistrzostwo świata a nawet Legnicy.

Tekst: Halina Bierwiaczonek. Zdjęcia Mira Stępień i hb.

PS. Łańcuch rowerowy nadawał się do wymiany.