Dolina Baryczy

23 czerwca (Boże Ciało) - 25 czerwca 2011 (sobota)

Trasa:

    1/ 23 czerwca 2011 Boże Ciało.

Żmigród - Żmigródek - Radziądz - Niezgoda - Grabówka - Ruda Sułowska - Sułów - Gruszeczka - Pracze - Postolin - Świebodów - Wierzchowice - Wąbnice; 59 km

    2/ 24 czerwca 2011 piątek

Wąbnice - Wałkowa - Milicz - Sławoszowice - Ruda Milicka - Stawy Stawno - Ruda Milicka - Grabownica - Czatkowice - Wierzchowice - Wąbnice: 40 km

    3/ 25 czerwca 2011 sobota

Wąbnice - Świebodów - Postolin - Pracze - Gruszeczka - Ujeździec Mały - Ujeździec Wielki - Przyborów - Domanowice - Brzyków - Trzebnica; 49 km

Razem km 148 na kołach.

Osoby: Mira i Halina.

 

    Rowerową wycieczkę po Stawach Milickich zaczęłyśmy od Żmigrodu (miasta żmij) gdzie dojechałyśmy koleją.

Historia Stawów zaczęła się w XIII wieku dzięki braciom cystersom z Lubiąża, którzy zagospodarowali podmokłe tereny. Na początku powierzchnia stawów wynosiła niespełna 100 ha. Czterysta lat później zajmowała nawet 10 000 ha. Od połowy XVIII wieku, po podboju Śląska przez Prusy, władze osuszyły część stawów. aby uzyskać nowe tereny pod wsie dla osadników. Aby nie zabrakło w stawach wody, wybudowano tam sieć śluz i jazów. Śluzy, które zostały założone pomiędzy zbiornikami wodnymi, nazywano "mnichami". (Informacja z Gazety Wrocławskiej z 11 kwietnia 2008 str. 17).

Większość kwater i agroturystyk koło Żmigrodu na okoliczność długiego weekendu została zarezerwowana. W Internecie migało mnóstwo pól namiotowych przy agroturystykach więc wzięłyśmy namiot i pojechały "gdzie nas oczy poniosą". Pod Ratuszem Żmigrodzkim (ok. 10.00) zrobiłyśmy śniadanie, gdy nagle zaczęły bić wszystkie dzwony i z pobliskiego kościoła ruszyła procesja. Pojechałyśmy zwiedzać dawny pałac po von Hatzfeldach. Interesujący jest tzw. Donjon wielokrotnie nadbudowywany. Na ścianie żeliwna tablica informuje, że w 1813 roku zawiązano koalicję antynapoleońską. Pogoda pozwoliła na sesję fotograficzną, po czym poleciałyśmy na wschód z wiatrem aby zobaczyć stawy.

Rzeka Barycz ma 136 km długości i zaczyna swój bieg na bagnach koło Ostrowa Wielkopolskiego. Można tam zaobserwować zjawisko bifurkacji. czyli rozdzielenia się dwóch nitek rzek płynących do dwóch różnych dorzeczy. Barycz Gniła zmierza w kierunku Prosny i dalej Warty, a Barycz właściwa płynie do Odry. Wpada do niej w okolicach Wyszanowa pod Szlichtyngową. Pomiędzy tymi dwoma punktami łagodnie pokonuje płaskie kotliny - Milicką i Żmigrodzką.

Dojechałyśmy do wsi Niezgoda. Mira pokazała na łące żurawie. Oprócz nas na piaszczystej drodze było jeszcze kilkoro rowerzystów. Wszyscy zachowywali się cichutko i robili dużo zdjęć żurawiom. W końcu poszłyśmy z buta między zbożami; po piachu nie dało się jechać. Kiedy wjechałyśmy na asfalt też nie było miło, bo dziura na dziurze. W Sułowie widziałyśmy łowisko komercyjne ze strzechami, grillami itp. Tam z kolei wędkarz przy wędkarzu. Zatrzymałyśmy się na obiad w miejscu wielu Ośrodków kampingowych. W Sułowie urzekły nas dwa kościoły "w kratkę". Sułów to dawne miasto.

We wsi Postolin "wdrapałyśmy" się na Wzgórze Joanny (230 m n.p.m.). Dalej po drodze mijałyśmy sady owocowe we wsi Wierzchowice. Zaciągnąwszy języka o agroturystyce skierowałyśmy się na wieś Wąbnice. Szukałyśmy gospodarstwa z lamami i strusiami a znalazły z piwem w Wąbnicach 5. Mała wieś - nie ma nawet sklepu - z bogatą agroturystyką. Wszystkie pokoje były zajęte, ale cały sad (i sanitariaty) do dyspozycji. Z boku stała tylko jedna przyczepa kampingowa. Trafiłyśmy na miłą kwaterę do miłej pani Beaty na Wiatracznym wzgórzu.

Rozbiłyśmy namiot pod dojrzałą wisienką za a' 20 zł od osoby, za wszystko łącznie z węglem do grilla. Postanowiłyśmy zanocować tu także jutro.

    Dzień drugi. Zwiedzanie Milicza i Stawów Milickich.

W nocy przez dwie godziny lał deszcz nawalny. Pani Jola z Elbląga, która przemieszkuje w rzeczonej przyczepie kampingowej zaprosiła nas na poranną kawę. Towarzyszył nam kot sąsiadów, uroczy łasuch. Przygotowałyśmy sobie szturmżarcie na drogę i między 9.00 a 10.00 wyjechałyśmy na Milicz ok. 5 km. Na niebie była przewalanka słońca i chmur i ok. 20 stopni C. Przy  drodze rosły dorodne barszcze Sosnowskiego.  Przejechałyśmy przez wieś Wałkową i w Miliczu najpierw zachwycałyśmy się dawnym Kościołem Łaski zbudowanym na rzucie krzyża. Wrażenie rewelacyjne.

Ok. 11.00 pojechałyśmy do parku milickiego aby obejrzeć pałac po von Maltzanach. W parku kwitły jeszcze ostatnie rododendrony.

Pałac zaprojektował Karl Gotfried Geissler. Ten architekt jest także autorem projektu wrocławskiego pałacu biskupiego. Joahim Karol Maltzan wybudował pałac milicki w latach 1797 - 98. Pałac w swej architekturze nawiązuje do Sanssouci i Neues Palais w Poczdamie. W swej jednopiętrowej budowli najpiękniejsza jest sala balowa w kształcie elipsy z jońskimi kolumnami o znakomitej akustyce, znajdująca się pod główną kopułą pałacu. (Informacja ze Słowa Polskiego z 27 maja 2003 r. str. 6)

Przez starodrzew płynie rzeczka ze strzałką wodną i nenufarami. Rzeczka ma kilka romantycznych mostów. Ambitnie pojechałyśmy jeszcze na drugą stronę drogi aby odwiedzić mauzoleum Maltzanów. Ruina, patrz zdjęcie. W Rynku kupiłyśmy boczuś na grilla i wypiłyśmy po kawie pod parasolami po czym pojechałyśmy z wiatrem na Sławoszowice kamienną drogą.

Mapa oszukała nas i jadąc niebieskim szlakiem zamiast wylądować w Nowym Grodzisku znalazłyśmy się w Rudzie Milickiej. Wjechałyśmy w groblę między Słupickimi Stawami a Kompleksem Stawno. Asfaltowa grobla o szerokości ok. 3 m miała same dziury. Trudno byłoby iść piechotą a można jeździć samochodami. Po kilku kilometrach obserwacji i podsłuchiwania życia na stawach wróciłyśmy na drogę do Grabownicy. Wszędzie rozglądałyśmy się za tym mnóstwem Agroturystyk, które mocno lansują się w Necie. Niestety, chyba tylko w Necie. W Wierzchowicach było gospodarstwo dla turystów, ale tylko w domkach kampingowych i to z rezerwacją.

Ok. 17.00 Kwatera czyli namiot w Wąbnicy 5.

Dzień trzeci. Dojazd do Trzebnicy.

W nocy miło gawędziło się przy piwku z Czechem Karolem na temat starego filmu pt: "Młot na czarownice". Karol powiedział - "Do dziś mam stress". Wstało się późno, bez pośpiechu wypiło się kaweczkę pod parasolem p. Joli i kiedy zwinęłyśmy manele lunął deszcz. Lało godzinę. Objuczone rowery postawiłyśmy pod daszkiem, a same popijały herbatkę w barze.

Ok. 13.00 wyjechałyśmy z Wąbnic, początkowo tą samą drogą, którą przyjechałyśmy. Teraz przez Wzgórze  Joanny przeleciałyśmy z góry. Na polach pachniało koprem i rosołem. W lesie nie było jagód.

15.00 Wieś Gruszeczka; 18 km. Zaś lunęło i lało pół godziny. Potem jakby nigdy nic wyszło słońce. Wiaterek popychał z tyłu.

Przed Trzebnicą w ogrodach pokazały się róże i lilie a potem Klasztor.

Na dworzec kolejowy jedzie cały czas prosto. Okazało się, że szynobus KD z Trzebnicy do Wrocławie będzie za 10 min. Szkoda tylko, że u konduktora nie można kupić biletu do samego celu podróży.

We Wrocławiu miałam godzinkę na ponowny zakup biletu i teleportację na wyremontowany peron do pociągu na Legnicę.

Halina Bierwiaczonek