Arboretum Wojsławice

15 maja 2011 niedziela

Trasa:

KD Legnica Piekary 5.30 - Piława Górna 7.50 - 14,20 zł

Na kołach: Piława Górna - Przerzeczyn Zdrój - Wojsławice (wstęp 10/5 zł) - Gilów - Dobrocin - Dzierżoniów - (Świdnica tylko dla wytrwałych);; 36 km (53 tylko wytrwali)

KD Dzierżoniów 16.40 (Świdnica) - Legnica 18.20 - 11 zł

Ludzie:

(Lista startowa obejmowała 8 osób, ale gdy nad ranem zaczął lać deszcz...) to Mirek, Staszek i Halina.

Wstęp

Wojsławice

O początkach osadnictwa w rejonie wsi świadczy znaleziona na tym terenie ceramika, która pochodzi z okresu między 1200 a 1000 r. p.n.e.

Pierwsze potwierdzone informacje o wsi pochodzą z 1300 r. i dotyczą dziesięcin z Wojsławic płaconych proboszczowi z Kiełczyna. Nazwa wsi pochodzi ponoć od pierwszego pana ziemskiego, Wojsława, sławnego rycerza i opiekuna księcia Bolesława Krzywoustego. Legenda głosi, że gdy stracił on podczas wojny rękę, książę ofiarował mu nową – ze złota. Stąd podobno przydomek Wojsława „Rycerz Ręka”.

Z 1366 r. pochodzi zapis o sprzedaży gruntu w Wojsławicach przez Nickela Jenkwitza, sołtysa z Sienic (Senitz), wrocławskiemu mieszczaninowi Rindfeischowi.

W 1460 r. wioska była już podzielona między wielu właścicieli. Istnienie folwarku we wsi potwierdzone jest w 1463 r., kiedy to jego właścicielem był wrocławianin Peter Steinkller. (przewodnik wymienia jeszcze wielu innych właścicieli).

W 1842 r. dobra znalazły się w posiadaniu rodziny von Kanitz und Dalwitz. Stanął tu wówczas skromny pałac. Budowla, którą znamy z zachowanych planów, utrzymana była prawdopodobnie w stylu klasycystycznym i powstała w pierwszej ćwierci XIX wieku. Była niezbyt okazałą siedzibą z dwoma wolutowanymi szczytami.

Pałac stał po wschodniej stronie obecnego folwarku, a śladem po nim jest wzgórek gruzu i kilka dzikich bzów. Za nim rozciągał się stok wzgórza z dwoma ciekami wodnymi i wąwozami, które już wtedy zapewne wykorzystane zostały na urządzenie pierwszego parku, złożonego w połowie XIX w. przez rodzinę Aulock. Znalazły się w nim egotyczne drzewa: tulipanowce (ostatni zginął w 1988 r.), czerwone buki i dęby, sosny wejmutki, jałowce kalifornijskie, jałowce sabińskie. Park powstał przez zaadaptowanie naturalnego drzewostanu, dając początek romantycznemu założeniu, z pierwszymi tego typu egzotycznymi nasadzeniami na Śląsku. Dopełnieniem naturalnego krajobrazu stały się założone u podstawy stoku stawy, rozdzielone groblą obsadzoną dębami szypułkowymi.

W 1852 r. Wojsławice zamieszkiwało 57 osób.


W 1880 r. majątek przeszedł w posiadanie rodziny von Oheimb i pozostał jej własnością do 1945 r.

Friedrich Ernst Erich Martin von Oheimb z młodą żoną, Bertą Vorländer, zamieszkał w Wojsławicach na stałe. Friedrich pochodził z Nowej wsi Niemczańskiej, trzech jego braci obrało karierę wojskową, on zaś z powodu słabego zdrowia osiadł na roli. Odpowiednie przygotowanie do prowadzenia gospodarstwa Friedrich Oheimb zdobył, studiując w Lipsku i Hohenheim Z powodu astmy często przebywał w Szwajcarii, ale też w Anglii i Holandii. Natura marzyciela i poety sprawiła, że upadek ze skalnej ściany zakończony lądowaniem w krzewach róży alpejskiej potraktował jako proroczy znak, by skierować zainteresowania w stronę ogrodnictwa. Pasję przyjął po nim pierworodny syn Arno.

Arno studiował geologię we Wrocławiu i Berlinie, w Afryce interesował się nowo odnalezionymi złożami diamentów. W 1921 r. Arno w zamian za dożywotnie utrzymanie rodziców przejął wojsławicki majątek. Zobowiązał się też do prowadzenia gospodarki. Mimo odziedziczonej własności początkowo próbował jednak robić karierę jako dyrektor kopalni, potem szkoły górniczej w Pyskowicach, ale po śmierci ojca w 1928 r. powrócił do Wojsławic, by podjąć jego dzieło.

Objęty przez Fritza von Oheimba w 1880 r. majątek nie był w dobrym stanie. Nowy właściciel rozpoczął od naprawy domu, urządzając go w stylu „grynderskim”. Ozdobne meble były dekorowane wzorami rozżarzonym prętem własnoręcznie przez pana domu. Pałac oplatały pnące róże, one też tworzyły żywopłoty. Z 1880 r. pochodzi także pierwsza wzmianka z wojsławickim parku. Pod koniec XIX w. miał on powierzchnię 3,8 ha. Na przełomie wieków otrzymał stałe zaopatrzenie w wodę z położonego nad nim „stawu pstrągowego”, skąd płynęła woda do folwarku i dalej do stawu poniżej. Wodę można było także pobrać z 8 ujęć parkowych. Naprawiono wtedy groble między stawami i wybudowano ogrzewana szklarnię. Za czasów Fritza Oheimba i jego żony Berty we wschodniej części założono ogród warzywny i sad ze śliwami, wiśniami i najlepszymi niemczańskim czereśniami, eksportowanymi aż do Paryża. Hodowano także grusze, brzoskwinie, orzechy włoskie i laskowe. Przy parku powstało gospodarstwo ogrodnicze. Rosły w nim lilie wodne, fiołki, maki, ostróżki, tojady, floksy, irysy, astry, szarotki, baldaszki. Roślinami zajmował się wykształcony ogrodnik – Fritz Weber. Dochody z ogrodnictwa często przewyższały dochody z gospodarstwa rolnego.

Jedną z pierwszych specjalności Fritza Oheimba były rośliny błotne. W 1920 r. hodował 20 gatunków lilii wodnych – grzybieni (Nymphaea). Niektóre z odmian tych pięknych roślin wymagały sporego wysiłku, trzeba było bowiem je sadzić nawet 2 m poniżej lustra wody. Rośliny te miały dla rodziny symboliczne znaczenie. Żona Fritza Oheimba, Berta zapisała, że po śmierci męża zniknęły wszystkie ich żółto kwitnące odmiany. Ogromna pasją Oheimba były też piwonie. W 1921 r. miał on ich ponad 500, z której rosło od 3 do 7 roślin. Jednak tylko 30 z nich właściciel uważał za wartościowe. W 1996 r. z tej bogatej kolekcji został tylko jeden jedyny okaz. W 1897 r. Fritz von Oheimb posadził pierwsze egzotyczne klony. Był wśród nich klon jaworowy i klon srebrzystolistny. Oheimb jako pierwszy uprawiał na Śląsku klony typu palmowego z Azji Wschodniej, których w 1924 r. miał 50 szt. Kilka z nich zachowało się do dziś. Różaneczniki, którym Wojsławice zawdzięczają największą sławę, zostały sprowadzone w 1890 r. z Holandii i Anglii za namową znajomych z Bonn i Drezna. W 1912 r. w parku rosły 23 gatunki botaniczne i 99 odmian. W 1890 r. Oheimb przekazał kilka swoich pierwszych różaneczników do ogrody botanicznego we Wrocławiu. Krzewom w Wojsławicach sprzyjały kwaśne podłoże, mikroklimat i wiedza gospodarza. W 1896 r. powstała nawet nowa odmiana tej rośliny „Von Oheimb Woislowitz”, o kwiatach barwy jasnopurpurowej, z jaśniejszym środkiem i żółtozielonym oczkiem. W Parku pojawiły się też rośliny wymagające zdecydowanie łagodniejszego klimatu: jaśminy i cedry. Dla gospodarza ważne było, aby ogród był atrakcyjny o każdej porze roku, toteż pojawiały się liczne rośliny zimozielone i takie o atrakcyjnych jesienią wybarwionych liściach (klony palmowe). Wspaniały zapach rozsiewały azalie i jaśminowce. Ogromna pasja Oheimba miała podstawy naukowe. Znanych jest 68 jego publikacji w czasopismach naukowych i ogrodniczych. W 1928 r. powstała książka Gertengliick von Heute (Ogrodowe szczęście dzisiaj), w której w literackiej formie autor przedstawił codzienną pracę ogrodnika.

Oheimb był też współzałożycielem i potem jednym z pięciu członków honorowych Niemieckiego Towarzystwa Dendrologicznego. Park w Wojsławicach był odwiedzany często przez turystów, a dodatkową atrakcję stanowiła wzniesiona w 1930 r. przez Towarzystwo Górskie 18-metrowa wieżą widokowa na Ostrej Górze.

W czasie wojny w parku i majątku pracowali robotnicy przymusowi. W parku założono hodowle królików na wełnę angorską dla potrzeb lotnictwa, hodowle krzewów i roślin ozdobnych zamieniono w hodowlę warzyw.

Po wojnie park początkowo próbowano włączyć do uniwersytetu krakowskiego lub wrocławskiego.


Według wspomnień córki Arno von Oheimba Gunhildy: „przed 23 sierpnia 1946 r. odwiedził on miłego, starszego pana, który pełnił funkcję polskiego administratora [...] rozmawiano po francusku i postanowiono przyłączyć majątek do wrocławskiego ogrodu botanicznego” Przez długie lata po wojnie majątek i arboretum wojsławickie przechodziły zmienne koleje losu. Interesowano się roślinami (często je stąd zresztą wywożąc), a w latach 60. XX w. zniszczono spychaczem pałac i głęboką orką zniszczono system irygacyjny gospodarstwa.

Od 1979 r., gdy został przejęty przez Kombinat Hodowli Zwierząt Zarodowych w Dzierżoniowie, nadeszły lepsze lata. W 1978 r. park wraz z folwarkiem został wpisany do rejestru zabytków, a Wzgórza Niemczańsko-Strzelińskie uznano za obszar krajobrazu chronionego. W 1988 r. park został przejęty przez Uniwersytet wrocławski i stał się filią Wrocławskiego Ogrodu Botanicznego.


Według spisu z 1995 r. zasoby parkowe wynosiły:

345 krzewów z rodziny wrzosowatych 53 gatunki rododendronów, 144 odmiany wiecznie zielone, 77 odmian azalii.

Trzy lata później było już

381 krzewów rododendronów, w tym 98 azalii i 470 roślin wrzosowych, poza tym było tu 150 odmian bylin.


Grób Fritza Oheimba: symboliczny czy rzeczywisty

Wg przekazów rodziny Oheimbów, ciało Fritza zostało skremowane, a prochy zostały złożone w grobie na terenie parku. Z ustnych przekazów polskich przymusowych robotników z czasów II wojny światowej, wiemy, że grób był odwrotnie posadowiony. Prawdopodobnie tuż po wojnie „poszukiwacze skarbów” splądrowali i przewrócili pamiątkowy kamień. Stosunkowe świeże ślady cementu, mogą świadczyć o późniejszych naprawach przez osoby, które nie widziały pierwotnego założenia. (źródło” Hanna Nowak inspektor Arboretum)


Jak Fritz Oheimb jeździł z wełną do Wrocławia


Arno Oheimb wspominał czasy, kiedy to według opowieści jego ojca dwa dni przed wyjazdem do sąsiedniej miejscowości na uroczystość rodzinną trzeba było wysłać robotników do naprawy drogi.

Aż do przełomu XIX i XX w. wszystkie drogi były poprzecinane szlabanami w miejscach do poboru cła. Ponieważ dróżnicy w nocy spali snem sprawiedliwego, podróż była utrudniona.

Aby dojechać w jeden dzień do Wrocławia, trzeba było wstać szarym świtem. Podróż trwała długo, ponieważ w jej trakcie trzeba było dać koniom trzy godziny przerwy. Wtedy jedzono obiad. Odbywało się to w miejscowości Pustków Wilczkowski. Jeżeli jechano pełnym wozem, potrzebna była zmiana koni, zatem należało poprzedniej nocy wysłać do Pustkowa konie do zmiany, a te, które jechały z Niemczy czekały na powracające z targu. Podróż była wielkim wydarzeniem dla właściciela majątku, który wyjeżdżał na targ wełny często już 5 dni wcześniej.


Źródło: Przewodnik po Ziemi Niemczańskiej, Niemcza 2006 r. Rafał Eysymontt str. 92.

Deszcz rozpadał się około trzeciej w nocy i siepał, banglał, ślągwił, padał, lał... O 5.30 pojechaliśmy z Legnicy Kolejami  Dolnośląskimi w trzy osoby do Piławy Górnej.

... nawet jeśli trochę pada, to niech pada - nas chyba tutaj zaczarować musiał deszcz - K I Gałczyński.

Jechaliśmy nowiutkim szynobusem z uchwytem na narty, ze świetlną informacją o trasie... a na głowy lał się deszcz przez nieszczelny dach. (Sic !) Tak było.

Ok. 8.00 wysiedliśmy w Piławie Górnej. Odziawszy się w peleryny pojechaliśmy przez Przerzeczyn Zdrój, Nową Wieś Niemczańską i Niemczę. Całe 10 km z góry, bez jednego obrotu korbą korzystając ze ścieżki rowerowej przy dr 8.

Ostatnie 300 metrów do Ogrodu w Wojsławicach Mirek i Staszek podciągnęli się na Mega Rangech, Halina podeszła perpedes. Droga rowerowa (10 km) w deszczu zajęła 50 min.

8.40 Wojsławice. Arboretum; 10 km.

Bilety wstępu po 10 zł (ulgowe 5) i nie ma przechowalni rowerów. Owszem na ścianie obok kasy umieszczono stojak, ale na wysokości kolan. Ani wjechać kołem, ani przypiąć roweru. Bagaż podręczny można zostawić...bez dozoru, bez opieki i na własną odpowiedzialność na deszczu. Wziąć roweru z sobą oczywiście nie wolno. Powstrzymam się od komentarza, ale...pomni tego jak w Adrszpachu (Czechy) parkingowy wydawał żetony za przypięte rowery nie prędko zorganizujemy wycieczkę do Wojsławic.

Dźwigając saki rowerowe, ogród zastaliśmy w pełnym rozkwicie. Ponieważ padał deszcz i było chłodno (ok. 10stopni C) zupełnie nie było ludzi. Orgia kolorów złagodziła nieudolność Dyrekcji i postawę ochroniarzy w sposobie traktowania rowerzystów.

Ciekawe jak wygląda kwitnąca aleja liliowców ?

Odnaleźliśmy grób pana Fritza v Oheimba (ur. 10.06.1850 r. w Nowej Wsi Niemczańskiej, zm. 11.10.1928 r.).  Byliśmy na Czereśniowym Wzgórzu skąd widać ogród, aż po Niemczę otoczoną żółtkami rzepaku. Deszcz przestał padać. Podziwialiśmy domki dla owadów (pożytecznych i szkodników). Powstały nowe dekoracje z wikliny. Byliśmy przy sztucznej ruinie z 1900 r. w postaci baszty nad wodą, która była szatnią dla robotników. Przez dwie godziny obejrzeliśmy większą część założenia.

Ok. 11.00 zrobiliśmy coffee time na dziedzińcu byłego pałacu, po czym oglądaliśmy jeszcze najnowszy projekt nad stawem.

W południe "zrobiliśmy " wszystko, więc odpięliśmy mokre rowery od ściany i pojechaliśmy na Niemczę (5 km). Odwiedziliśmy wydłużony Rynek z Ratuszem w pierzei oraz renesansowy zamek, pamiątkę po księciu piastowskim Bolku I.

Do Dzierżoniowa zostało 13 km pośród rzepaków "pachniących". W drodze zrobiło się chłodno, a wiatr z przodu 18 km/godz. długo będziemy pamiętać. Wieś Gilów jest bardzo duża. Upiększona kwitnącymi bzami (lilakami jak wiadomo z Ogrodu) ciągnie się wiele kilometrów. Wznosi się stopniowo, a końcówka jest tak wysoko położona, że Halina zaś wprowadziła rower na szczyt. Z daleka widać było Ślężę (718 m n.p.m.). Do Dzierżoniowa było 7 km. Ze szczytu robiliśmy zdjęcia Gór Sowich i sylwety Dzierżoniowa z dominantą kościoła św. Jerzego. Z góry szybko zjechaliśmy do wsi Dobrocin aby obejrzeć pałac.

Dobrocin. Miejscowość liczy 700  mieszkańców. Pałac wybudowano w miejscu dworu z XVI w. należącego do rodziny von Bock. 1 lipca 1897 radca cesarski i dyplomata Kuno von Portatius nabył majątek od barona von Seherr-Thoss z Wawrzeńczyc. Obecny wygląd pałacu jest wynikiem rozbudowy z lat 1898 -99 dokonanej przez rodzinę von Portatius. W elewacji zachował się barwny herb rodziny von Portatius. W dawnej sali balowej znajduje się kominek, na którego okapie umieszczony jest również herb tej rodziny. We wnętrzu  pałacu zachowały się także neogotycka stolarka oraz klasycystyczne sztukaterie na stropach. Pałac otoczony jest parkiem, w którym znajduje się staw z wyspą. Po II wojnie światowej pałac został upaństwowiony i  mieściła się tam dyrekcja Ośrodka Hodowli Zarodowej. Dzisiaj pałac jest własnością prywatną. Informacja z miejscowej tablicy.

14.00 Dzierżoniów (znany z dzieworództwa u pszczół); 30 km. W Rynku pod pomnikiem św. Nepomucena z 1733 r. odbywał się "Terenowy Rajd Polsko - Czeski Amatorów Kolarstwa i Turystyki - Trakt 2011" 0rganizowany przez OSiR. Do wyboru były prasy piesze, Nordic walking i rowerowe na 30, 50 i 100 km. Zapisaliśmy się; za 2 zł wpisowego dostaliśmy T-shirty oraz szturmżarcie. Mirek i Staszek pojechali pod wiatr do Świdnicy. Halina urządziła sobie wycieczkę wedle murów śladem Carcassonne. Mury godne promocji.

Mury zbudowano pod koniec XIII w. z polecenia księcia Bolka I. Początkowo miasto otoczone było murem pojedynczym z ok. 30 basztami półkolistymi i kilkoma kwadratowymi. Po wojnach husyckich (początek XV w.) rozbudowano je o mur kurtynowy. Między oboma rzędami zakonnicy uprawiali rośliny. W XIX w. w mury obronne wmurowano kilka starych portali z rozebranych kamienic. Na jednym z nich znajduje się herb miasta - św. Jerzy ze smokiem. Na murach widać było tzw. odsadzki roczne mówiące o czasie budowy.

O 16.40 Halina całkiem spokojnie wsiadła do szynobusu na Legnicę, a po 20 minutach w Świdnicy dosiedli Staszek i Mirek. Jeden miał dość jazdy pod wiatr, drugi chętnie pojechałby jeszcze do Strzegomia. Za bilet Halina zapłaciła o 2 złote więcej niż panowie.

- To myśmy 17 kilometrów pod wiatr dymali żeby oszczędzić po 2 złote ?? !!

18.20 Legnica Piekary. Plan wykonany.

Halina 36 km

Mirek i Staszek po 53 km

Tekst i zdjęcia Halina Bierwiaczonek