1-10.07.2003 - "Odkrywamy Morawy"
Legnica - Blansko

W dniach od 1 do 10 lipca 2003 członkowie Klubu Turystyki Rowerowej "EkoRama" przy oddziale PTTK w Hucie Miedzi odbyli rowerową podróż z Legnicy (Polska) do partnerskiego miasta Blanska (Czechy).
Grupa cyklistów w składzie: Anna M. Danuta Ch. Halina B. i Robert P. przejechała 500 km ze średnią prędkością 14,1 km/h

Wyprawa miała na celu:

"Tysiącmilowa podróż zaczyna się od pierwszego kroku"

Opis etapów

01.07.2003 Legnica - Jawor PKP - 20 km
  Jawor - Roztoka - Czarny Bór - Kochanów - Zdonov - 72 km
02.07.2003 Odpoczynek w Zdanovie
03.07.2003 Zdonov - Teplice - Police - Nove Mesto - 60 km
04.07.2003 Nove Mesto - Kostelec - Choceń - 74 km
05.07.2003 Choceń - Litomyśl - Ceska Trebova - 45 km
06.07.2003 Ceska Trebova - Dolni Lhota CD kolej - 65 km
  Dolni Lhota - Blansko - 20 km
07.07.2003 Blansko - Rajec Jestrebi - jaskinie Punkevni - Sloup - Blansko - 45 km
08.07.2003 Blansko - Rajec Jetrebi - Cerna Chora - Blansko -30 km
09.07.2003 Blansko - Obora- Boskowice - Blansko - 50 km
10.07.2003 Blansko - Tyniste - Mezimesti CD kolej
  Mezimesti - Mieroszów - Czarny Bór - Kłaczyna - Jawor - Legnica - 109 km



 

1 lipca 2003 wtorek Zdonov
Zbiórka przed 8.00 na stacji PKP Piekary w Legnicy. Odprawia nas komitet pożegnalny w postaciach Janusza i Eli z EkoRamy. Sprawnie ładujemy objuczone rowery do pociągu i jedziemy do Jawora. Gdy wysiadamy pogoda się załamuje zdecydowanie ze słonecznej w ulewę. Robert testuje nową pelerynę przeciwdeszczową., Ania jak zwykle w niebieskiej kurtce, Dana w żółtym płaszczu przeciwdeszczowym. Halina w olbrzymiej pomarańczowej pelerynie, która zajmuje połowę drogi, wygląda jak wielka pochodnia.
Jedziemy od Jawora na południe przez Zębowice na Roztokę, Kłaczynę, Sady, Bogaczowice. Wioski są rozbudowane, że niemal łączą się w jedną miejscowość o długości 25 km. Deszcz chwilami maleje, aby znów się rozpadać. Prawie nie widać pięknej panoramy z wiatraku w Gostkowie na góry Wałbrzyskie. W czasie przerwy przy sklepie pod namiotem tureckim, Halina dostaje kompas na rękę, wszak dzisiaj ma imieniny.
Pokonujemy odległość i wysokość (ciągle pod górę) w strugach deszczu.
W Witkowie jesteśmy o 15.30 i mamy już pokonane już 51 km. Góry Wałbrzyskie panują nad nami gdzieś we mgle i strugach deszczu. Zadzwonił telefon Roberta w chwili, gdy jego rower wjeżdżał w zalaną wodą dziurę asfaltową. Robert "przewrócił się i upadł", dotkliwie stłukł sobie nogę i przedramię a rower nawet lusterka nie stracił. Telefon był ważny, bo z Blanska.
Ostatnie półtora kilometra przez las pod górkę między Mieroszowem a granicą Dana i Robert podjeżdżają a Halina i Ania wchodzą piechotą. O godzinie 19.00 dzienne przejście graniczne pieszo - rowerowe, Łączna - Zdonov, mamy przekroczone. Zdążyliśmy, ponieważ w okresie letnim, jest ono czynne w godzinach od 8.00 do 20.00 . Obowiązuje zakaz przewożenia towarów.
Kierownik Chatkowego taboru, Lubos Kopecky, już zakończył pracę i pojechał do domu. W końcu pan Bedrich wynajmuje nam chatkę, w której nie ma wody i prądu. W schronisku są prysznice, umywalki, ubikacje i ciepła woda.

2 lipca 2003 środa. Zdonov
W nocy ulewa bębniła o dach. Rano 15 stopni C i 80 procent wilgotności. Na niebie pojawiły się cumulusy oraz słońce, zerwał się wiatr. Chatkowy tabor wygląda jak cygański obóz. Buty suszą się na dachu a ubrania na bannerze z napisem "EkoRama".
Nam też dobrze zrobi odpoczynek na słońcu po wczorajszym, wyczerpującym dniu. Wykupiliśmy obiado - kolację (55 Kc). Posiłek jest smaczny i składa się z zupy i drugiego dania w postaci ryżu z sosem i mięsem. Wieczorem rozpalamy ognisko i pieczemy kiełbaski. Zgromadzone drzewo przy ogniu jest kupione przez inną grupę, więc musimy sami przynieść sobie drewno z lasu, na szczęście jest go pod dostatkiem. Najlepsze są grube pniaki brzozowe, które długo się palą i nie trzeba dużo nosić.
Jeszcze słońce nie zaszło a my się pakujemy do chatki razem z rowerami, rano czeka nas droga.

3 lipca 2003 czwartek. Nove Mesto
W Zdonovie budzi nas słońce. Jest 18 stopni C. O 9:00 jemy z grupą młodzików rowerowych śniadanie, które kosztuje 40 Kć. W zestawie są wędliny, rogaliki, ser żółty, twarożek, dżem. Będzie ciężko jechać po tak obfitym śniadaniu.
Po "spilśnieniu" bagażu do sakw ruszamy w drogę około 10:30 na południe. Drogę do Teplic znamy, więc jedzie się dobrze, tym bardziej, że z góry. Opuszczamy rezerwa Adrszpach i Teplickie Skały, aby zatrzymać się przy sklepie rowerowo -turystyczno - wspinaczkowym. Ciekawostką jest fakt, że jest on czynny również w niedzielę. Każdy coś znajduje dla siebie.
Aby trafić do Polic należy trzymać się drogowskazu na Nachod przez Lachor. Przed Policami zaczynają się wspaniałe widoki przypominające nasze Beskidy. Przy drodze drzewka czereśniowe o niezwykłym smaku. Czesi ich nie zrywają, więc są spady owoców na ziemię.
Halina obserwuje przez lornetkę labirynt skalny, to góra Ostasz w paśmie gór Stołowych. Około 13.30 przed Policami dopada nas deszcz, znowu ubrania przeciwdeszczowe. Próbujemy przeczekać ulewę na przystanku autobusowym. Około 15:00 przestaje padać i docieramy do centrum i zachwycamy się zabudową. Zwrócił naszą uwagę Ratusz w kolorze pistacjowym. Potem oglądamy klasztor i barokowy kościół. O 16:00 jesteśmy w Hronovie. To duże miasto, wielka "Radnica" (urząd miejski) i kolumna ze złotą Maryją. Wyszło słońce, więc pędzimy do Nachodu. Podjazd ma kąt wzniesienia 11 procent, łagodniejszych podjazdów Czesi nie oznaczają.
Około 19:00 jesteśmy w Nowym Meście n. Metują. Jest ładna pogoda. Na przedmieściu zatrzymujemy się przy hipermarkecie. Pytamy się o noclegi. Zgłasza się do pomocy człowiek z rowerem, pewnie czuje więź cyklistów. Pyta się czy mamy korony, po potwierdzeniu, oferuje pilotowanie nas do kwatery.
Przy okazji uwaga, nie używajmy w Czechach słowa "szukać", ponieważ jest to brzydkie słowo w języku Czeskim.
Po dwóch kilometrach dojeżdżamy do Budynku z napisem PRIVAT. Dziękujemy naszemu przewodnikowi i po krótkiej rozmowie dowiadujemy się, że był kierowcą jeździł również przez Wrocław, więc zna nasze rejony.
Kwatera kosztuje 200 Kć od osoby. Warunki są bardzo dobre, mamy do dyspozycji kuchnię, wygodną łazienkę i obszerną 4-ro osobową sypialnię TV, rowery przechowujemy w garażu. Polecamy, oto adres:
Tylova Hana
Ori. Capkowa 190
Nove Mesto n. Met
Tel. 00420-491-472-802
ICQ 18884656
Zostawiamy bagaże i ruszamy na rowerach na zwiedzanie. W promieniach zachodzącego słońca miasto jest urzekająco piękne. Założył je w 1508 r. rycerz Jan Ćerćnicki. Kiedy spłonęło w 1526 r. właściciel wyłożył kasę i nakazał odbudować miasto w uporządkowanym stylu. W XVII wieku miasto należało do Albrechta Walensteina, księcia Frydlandu, Żagania, Maklenburgii, admirała morza Bałtyckiego. W 1625 r wystawił na własny koszt 40-tysięczną armię, która spustoszyła między innymi Śląsk. 1908 r. zamek kupili bracia Bartoniowie, fabrykanci tekstylni, z Nachodu.
Z tarasu przy murze obronnym oglądamy panoramę urozmaiconą czerwonymi dachami i białymi skałami, do których "przyklejono" zamek. W wieży zatopiono kule armatnie. W rynku próbujemy czeską potrawę, utopieńca, czyli parówki w marynacie. Gusta były podzielone, co do smaku. W Czechach większość zabytków i obiektów do zwiedzania jest czynnych do godz. 16:00, więc turystykę należy uprawiać przed południem.

4 lipiec 2003 piątek. Chocień
Po kawie wyruszamy o 9:30 w trasę. Pogoda dobra. Przed Opocznem na 10 km śniadanie, które kupujemy w przydrożnym sklepie. Spożywamy sery, masło pomazankowe, sałatki majonezowe, które w Czechach są dość smaczne i oczywiście rohliki. Po odpoczynku ruszamy jak zwykle na południe. Czeskie drogi w większości nie posiadają poboczy, co jest utrudnieniem dla rowerzystów. Kultura jazdy czeskich kierowców w stosunku do rowerzystów jest zbliżona do polskich.
Około 11:30 wieś Prepych, w której oglądamy kościół z dachem gontowym zafundowany w XIV w. przez jakąś kobietę, której nazwiska nie udało się odczytać. Leśną gruntową drogą wspinamy się pod górę do Kostelca n. Orlicą gdzie jesteśmy około 1500 gdzie spożywamy bardzo smaczny i tani obiad. W podwórku znajduje się piwiarnia pod parasolami i wędzarnia. Korzystamy z oferty i kupujemy wędzoną golonkę, w języku czeskim "kolano" . Rarytas.
Zapisujemy adres:
RESTAURACE "SECESSE"
ERBENOVA 555
KOSTELEC NAD ORLICA
Tel. 517-41
Po obfitym obiedzie mamy kłopoty ze znalezieniem właściwej drogi na Choceń, więc jedziemy krajową 11 do Castolovic oglądać pałac, pamiątkę po królu Janie z Podiebradów. Budowla składa się z nawarstwionych stylów od renesansu przez barok do klasycyzmu. Właściciele nadal go zamieszkują. W tym pałacu odbywało się spotkanie prezydentów grupy Wyszechradzkiej, w którym brał udział nasz prezydent Kwaśniewski. Oglądaliśmy zdjęcia z tego spotkania.
Ruszamy na Choceń w pobliżu Orlicy mało ruchliwą drogą. Mijamy wioski, w których jest wiele domów obrośniętych dzikim winem. Prawie w ogóle nie widać psów, więc jedziemy w ciszy. Mijamy "Przyrodni Park Orlicy".
O 20:00 dojeżdżamy do Chocenia. Zakwaterowujemy się w hotelu i nadal zaskakuje nas dużo wyższy poziom usług hotelarskich w porównaniu z polskimi i za nieduże pieniądze. Mamy do dyspozycji duży pokój z oknami w suficie, lodówko-barem, aneksem kuchennym oraz łazienką. Cena 250 Kć za osobę. Warto się tutaj zatrzymać, więc podajemy adres:
Hotel Garni Michael
Zamesti 121
565 01 Choceń
fax/tel. 465/472-777 tel. 465/472358
mobil: 602/854386
E-Mail: hotel.michael@wo.cz

5 lipca 2003 sobota. Ćeska Trebova
Rano budzi nas ulewa. Przeczekujemy ją. "Deszcz ranny i płacz panny długo nie trwają" i około 11:00 wyruszamy tradycyjnie na południe. Drogi są w lepszym stanie niż w Polsce. Dziwi na numeracja budynków w małych miasteczkach. Domy mają nawet czterocyfrowy numer.
Początkowo teren jest pagórkowaty potem zmienia się w górzysty. Przy drodze rosną czereśnie, których nikt nie zrywa. Mają wyborny smak.
W Litomyślu jesteśmy ok. 13:00 przejechaliśmy 20 km. Zaczyna padać deszcz, przeczekujemy go przy kawie w zabytkowych podcieniach. W długim Rynku zaparkowało wiele samochodów z rowerami na bagażnikach. Rowery są bardzo popularnym środkiem transportu w Czechach, mimo, że to kraj górzysty. Rynek jest bardzo długi, prawie na kilometr, ozdobiony podcieniami. Litomyśl jest umieszczony na liście zabytków UNESCO. Na wieży, na wysokości przekraczającej wzrost dorosłego mężczyzny, wmurowano kotwę upamiętniającą powódź z 1871 roku. Poniżej kotwy umieszczono żelazną listwę o długości 59 cm. Jest wzorzec "łokcia", ówczesnej jednostki miary, którą używano przez prawie 300 lat.
Podjeżdżamy rowerami na wzgórze, renesansowy zamek zapiera nam dech w piersi. Podziwiamy ogród poklasztorny i fontannę z współczesnymi rzeźbami. Zwiedzającym czas umila muzyka. W zamku wielka uroczystość, ponieważ zorganizowano koncerty ku czci Bedricha Smietany.
Około 1600 opuszczamy Litomyśl i ruszamy skrótem drogą na Semanin. Najpierw jest pod górkę, potem ostro pod górę potem za zakrętem łagodnie pod górę, następnie w lesie kolejny zakręt i stromo pod górę. W dodatku rozpadał się deszcz, nie będziemy miło wspominać tego odcinka trasy. Wdrapaliśmy się na wysokość około 600 m n.p.m. Zaraz za szczytem wzniesienia natrafiamy na cross motocyklowy w błocie. Powietrze jak w dżungli, jest ciepło, wilgotno i duszno. Zjazd jest diabelski, ostrą serpentyną przez las na mokrej nawierzchni przez kilkanaście kilometrów na hamulcach aż do Ceskiej Trebovej. Z daleka widać potężny węzeł kolejowy, na którym tętni praca. Zaskakujący to widok w porównaniu z zastojem na polskich kolejach.
Natrafiliśmy na elegancki hotel w rynku, wiedzeni przez ciekawość i fantazją pytamy się o cenę i niezwłocznie ruszyliśmy dalej. Wynosiła ona 1800 Kć za osobę. Nocujemy w ośrodku sportów piłkarskich przy boisku. Warunki niezbyt ciekawe, ale za to tanio i jest możliwość wykąpania się. Pokój jest 5-cio osobowy z telewizorem, który nie działa i lodówką. Przy campusie jest bar, w którym serwuje się piwo i przekąski do niego. Rowery zamykamy w szatni, którą wykorzystujemy też jako suszarnię. Wieczorem studiujemy mapę, czytamy informacje turystyczne, zapisujemy notatki z podróży, po czym jeszcze przed zmierzchem zasypiamy zmęczeni wyczerpującym dniem.

6 lipca 2003 niedziela Blansko
Ze sportowej bursy, przypominającej lata siedemdziesiąte wyruszamy przy dobrej pogodzie na dworzec skąd pojedziemy pociągiem, o 10:25 aby nadgonić plan podróży. Mamy już zarezerwowane noclegi w Blansku. Góry nas opóźniły. Na kolei opłata za rower, niezależnie od długości trasy, wynosi 20 Kć. Należy poszukać wagonu, na którym jest symbol roweru i w tym miejscu są na nie miejsca. Na rozkładach jazdy pociągi z tym symbolem mieszczą około 20 rowerów. Otrzymuje się zniżkę w biletach, jeżeli grupa przekracza dwie osoby. W kasach nie trzeba się upominać o tę zniżkę, obsługa sama o tym pamięta. Bilet zbiorowy po czesku nazywa się "skupina". Rowery można przewozić we wszystkich pociągach tylko, gdy wagon nie jest przystosowany do przewozu to można się nie zmieścić, ponieważ obsługa pociągu dba o przejście dla innych pasażerów. Przewiezienie rowerów bez sakw można zlecić do przewozu przywiązując bilet do kierownicy. Pokonanie trasy o długości 69 km dla czterech osób, ze zniżką na "skupinu", kosztuje 219 Kć. Bardzo nam się podoba organizacja czeskich kolei i polecamy tę formę podróży, jeśli jest taka potrzeba.
Do Dolni Lhota docieramy około godz. 12:00. Perony są wąziutkie, ale sprawnie wypakowujemy się z pociągu i ruszamy wzdłuż rzeki, Svitavy. Miasto Blansko widać na wzgórzach. Niepewnie poruszamy się w ruchu miejskim, szukamy naszej kwatery na ul. Horni Pavala. Trzeba do niej dojechać ulicą dolni Pavala. Znajdujemy Apartaments pana Sedlaka pod nazwą "Sedlak". Najpierw zakwaterowujemy rowery w siatkowanym boksie a potem siebie. Zajmujemy połowę parteru, mamy do dyspozycji cztery pomieszczenia: kuchnię, pokój dzienny, pokój do spania i dużą łazienkę z wanną. Zauważyliśmy, że w czeskich hotelach nie używa się kabin prysznicowych, głównie wyposażone są łazienki w wanny. Zrzucamy sakwy i około 14 jedziemy do miasta. Obiad jemy w "hawajskiej" tawernie w Rynku vis a vis "Radnicy", czyli Urzędu Miejskiego.
Kręcimy się po mieście rowerami koło dworca, starego kamieniołomu, aż trafiamy do najlepszej cukierni w całym mieście gdzie spotyka się całe miasto na lody. Jest tu paru rowerzystów. Halinka poprosiła przypadkowego cyklistę o zrobienie zdjęcia, ten zaciekawił się naszym pobytem w Czechach a my wypytaliśmy się o jego historię. Ma na imię w skrócie Honza. Okazało się, że umówił się tu z dziewczyną poznaną przez gazetę "Noviny" a znakiem rozpoznawczym ma być "modre kolo", czyli niebieski rower tymczasem przyjechało sporo niebieskich rowerów. Honza naprawdę ma bardzo indiańskie imię, bo brzmi ono, Nejezchleb co w tłumaczeniu na polski brzmi "nie jedzący chleba". Pochodzi z Moraw gdzie to imię jest bardzo popularne, lecz w Pradze wzbudzało ono wesołość, więc korzystał z drugiego imienia. W Brnie studiował geografię i po studiach pojechał do Nowej Zelandii gdzie pracował przy zbiorze jabłek i zwiedzał. Umówiliśmy się na wieczór, aby nam, co nieco poopowiadał. Przyjechał na rowerze około 2000 z masą fotografii. Przenieśliśmy się tego wieczoru w egzotyczny kraj, jakim jest dla nas Nowa Zelandia, ostatnio nieco więcej o niej słychać za sprawą filmu tam kręconego, "Władca Pierścieni". Mieszka w tym kraju około 4 milionów ludzi i 40 milionów owiec. Honza jest poliglotą i dzięki temu w lot zapamiętuje polskie słowa. Dowiedzieliśmy się, czym zastąpić brzydkie słowo "szukać" należy powiedzieć "hledać". Zapamiętaliśmy słowo, "kapradina", które oznacza paproć i przewijało się, poprzez prawie wszystkie fotografie z Nowej Zelandii. Niektóre okazy osiągały wysokość nawet do pięciu metrów. Kończymy spotkanie przed północą, ponieważ Honza ma iść na rozmowę w sprawie pracy a nam się szykuje kolejny pracowity dzień na rowerach. Trzymamy kciuki za poszukiwanie pracy.
- Jesteś dla nas ambasadorem Czech - na pożegnanie mówi Halina
- Jak to? - dziwi się Honza
- Nikogo tu nie znamy a Ty jesteś reprezentantem swojego kraju. Jutro chcemy zwiedzać jaskinie. Co jeszcze warto zobaczyć? - pytamy
- Miasto Boskowice, do wojny było miastem centralnym w Krasie. Jest tam synagoga i całe pożydowskie uliczki. Po wojnie władze rozbudowały Blansko dzięki metalurgii żelaza i tutaj umieściły zarząd regionu - zaskoczył nas wiadomościami.
W nocy pada deszcz.

7 lipca 2003 poniedziałek Blansko
Rano z kwatery na piechotę idziemy do Radnicy na placu Svobody 3 gdzie spotykamy się z Jolaną Havlową - kierownikiem ds. spraw turystyki i promocji. Po uprzejmościach udajemy się do wicestarosty. Przy spotkaniu następuje konsternacja, ponieważ wyciągając dłoń do powitania starosta mówi "Polak". To jest jego nazwisko, Ivo Polak.
Pani Jolana przedstawia nas i nasz klub "EkoRama". Prezes klubu kol. Robert prezentuje idee Zielonej Drogi zapoczątkowaną w Wielkiej Brytani a rozwiniętą przez Niemców, którzy przekazali ją do Legnicy a my do Blanska. Nie zabieramy dużo czasu Staroście. Pani Jolana rezerwuje nam bilety wstępu do Wybranej przez nas Jaskini Punkvi. Zaprasza nas do punktu Informacji Turystycznej gdzie możemy zapoznać się ze wszelkimi mapami okolic i proponuje nam nowo opracowaną trasę po zabytkach hutnictwa żelaza "Ceste Zeleza". Chętnie skorzystamy z tej trasy gdy zrealizujemy swoje plany.
Około 12:00 wyruszamy do jaskini na rowerach. Dużo lżej się jeździ bez sakw. Drogowskazy prowadzą do jaskini więc nie ma problemu z dotarciem na miejsce. Po drodze mijamy potężne zakłady galwanizacji. Widać schyłek produkcji wielkoprzemysłowej. Mijamy las i drogą wzdłuż rzeki Punkva docieramy do ośrodka Skalny Młyn. Znajduje się tu parking dla samochodów i do jaskini trzeba się udać płatnym transportem lub na piechotę około 2 km. Morawski Kras ma powierzchni około 92 km2 i odkryto tu około 1100 jaskiń, ponoć wiele jeszcze jest nie odkrytych. Do zwiedzania udostępniono tylko cztery największe i bezpieczne. Na bieżąco usuwany jest nadmiar wody, zainstalowano oświetlenie i poręcze.
Na dworze jest temperatura 16 stopni C a w jaskini 9 stopni C, wilgotność powietrza 99procent woda ma temp. 8 stopni C. Rowery zostawiamy na zewnątrz przymocowane do balustrady na rzeką. Jest tu wiele rowerów lecz tylko nasze są przymocowane, zakładamy się czy zginą nam mapy luźno pozostawione w koszu rowerowym.
Zbiera się wielojęzyczny tłumek turystów. Wejścia odbywają się co 20 minut, my mamy na godz. 12:40. Wreszcie wchodzimy do mrocznej jaskini. Grupę wita przewodnik kolejno podświetlając stalaktyty i stalagmity. Pokazuje osuszoną naturalnie część gdzie stalaktyty są martwe. Opowiada legendę od której wzięła nazwę przepaść w jaskini. Zła macocha chciała pozbyć się pasierba więc postanowiła go zepchnąć w otchłań. Lecz został on uratowany przez przechodzących myśliwych i ci w gniewie za niegodziwość macochy zepchnęli ją w tę samą przepaść.
Niewiele rozumiemy z tego co mówi przewodniczka ale wrażenia są nie do opisania. Rozpoczyna się przejażdżka łodzią, która trwa ponad pół godziny przez mroczne "komnaty" i wąskie korytarze. Grozy dopełnia sternik łodzi, który wskazując podświetloną toń informuje, iż pod nami jest 40-to metrowa głębia. Ostre zakręty, piski przerażonych turystów, niskie sklepienia, trzeba uważać na głowy. Rewelacja.
Po wyjściu na powierzchnię udajemy się na "lanową drahą" do góry nad "przepaść Mococha". Bilet kosztuje 50 Kć tam i z powrotem. Kolejka została wybudowana dopiero w 1995 roku. Widok na przepaść gdzie w dole dopiero co byliśmy, robi wrażenie. W przeszłości nastąpiła katastrofa geologiczna i ziemia zapadła się do podziemnej rzeki Punkvy tworząc olbrzymią dziurę w ziemi na głębokość 138 m.
Obiad jemy w restauracji nad przepaścią i miłym zaskoczeniem są niewygórowane ceny. Smażony ser zapiekany z szynką z dużą porcją frytek, z sosem i sałatką kosztowały 70 Kć.
O 15:30 wyruszamy spod jaskini na Punkvi rowerami do Skalnego Młyna, potem na drogę rowerową nr 5. Jedziemy łagodnym podjazdem pomiędzy jaskiniami, zalesionym terenem gdzie jest tylko ruch pieszy i rowerowy. Oglądamy jaskinię Balcarka, nie można do niej wejść ponieważ czynna dla turystów jest do godziny 16:00. Dalej pod górę i docieramy do jaskini Sloupsko-Sośuvskiej. Wejście do jaskini jest tak olbrzymie, że można czołgiem wjechać. My wjeżdżamy rowerami i dalej blokuje nam drogę brama. Dołem koryto rzeki, teraz suche ale widać, że woda niedawno naniosła sporo mułu i kamieni. Przed wejściem samotna biała skała z "uchem igielnym" na której ćwiczą taternicy. Wracamy drogą nr 505, jest to najpiękniejsza trasa rowerowa jaką do tej pory jechaliśmy. Kilkanaście kilometrów z góry, asfaltowa nawierzchnia, lesista, kręta, zachwycająca pięknymi widokami za każdym zakrętem, ozdobiona skałami i jaskiniami. Podobno znajduje się w Krasie około tysiąca jaskiń i wiele czeka na swego odkrywcę..
W hotelu "Skalny Młyn" jest wypożyczalnia rowerów dla gości hotelowych w cenie 150 Kć za dobę.

8 lipca 2003 wtorek. Blansko
Pobudka o godz. 10:00. Pogoda słoneczna, bez pośpiechu zjadamy śniadanie na które składa się jajecznica i kawa. Po 12:00 wyjeżdżamy rowerami bez obciążenia. Przez miasto przejeżdżamy bez trudności. Kierunek z przyzwyczajenia pod górkę lecz tym razem na północ, miła odmiana.
Dojeżdżamy do Rajec Jestrebi. Do pałacu o tej samej nazwie, łatwo trafić ponieważ dojazd jest oznakowany drogowskazami. Zaglądamy do 150-cio hektarowego parku i zabieramy się do zwiedzania pałacu. Przygotowane jest małe pomieszczenie na rowery przy bramie gdzie zamykamy je na klucz i ruszamy na spotkanie historii. Zwiedzanie jest o określonej godzinie, więc powoli zbiera się grupa turystów. Wreszcie ruszamy na salony. Przewodniczka mówi szybko i używa specjalistycznego języka więc niewiele możemy zrozumieć. Przedstawia dzieje rodów czeskich, które nie wywołują żadnych skojarzeń historycznych w pamięci. Zwiedzamy zbiory oryginalnego malarstwa, miśnieńską porcelanę, cyzelowane meble i największa atrakcja, biblioteka z antresolą do górnych półek, kolekcją globusów, map trzystuletnich i dziwne urządzenia do eksperymentów naukowych. Olbrzymie wrażenie robi prezentacja obrazów w zaciemnionym pokoju. Przewodniczka podświetla malowidła zwracając uwagę na co ciekawsze fragmenty dzieła. Na dziedzińcu w fontannie pływają złote rybki.
Obiad jemy w zamkowej restauracji umiejscowionej w północnym skrzydle pałacu. Ceny posiłków nie odbiegają od panujących ogólnie.
Po obiedzie jedziemy do Ćernej Hory gdzie jest słynny browar-słodownia. Wyremontowany został przy wsparciu finansowym Unii Europejskiej i nabrał europejskiego wyglądu. Umieszczono w nim również kluby fitness i bowling. Na placu znajduje się altana, której za dach służy kadź piwowarska a także wóz konny beczką do przewozu piwa. Efektownie połączono starą zabudowę z nowoczesnym wyposażeniem co zachęca do długiego przesiadywania. Serwują tam wyśmienite golonki, radzę brać jedną na dwie osoby. Próbujemy rewelacyjne piwo "granat" produkowanego na bazie miodu o bardzo ciemnej barwie i przyjemnym aromacie. Miłe zakończenie dnia.

9 lipca 2003 środa. Blansko
Od rana słońce. Pobudka o 8:00, śniadanie i rozpoczynamy jazdę od regulacji rowerów. Górzyste trasy trochę zużyły nasz sprzęt, intensywnie go eksploatujemy. Mamy w planie zwiedzić pałac Lysice z pergolą. Do Lysic można jechać drogą E 461 lecz z powodu braku pobocza uciekamy z niej gdyż dalsza podróż tą drogą była niebezpieczna. Kierujemy się na Oborę szukając drogi w kierunku Lysic lecz ją minęliśmy gdyż polna droga nie wydawała nam się tą z mapy. Obora znaczy zwierzyniec. Zmieniamy cel podróży i podążamy do Boskovic. Trasa pięknymi widokami rekompensuje nam zmianę planów. Dotarliśmy na wysokość 400 m n.p.m. W Skalnicy wjeżdżamy na ruchliwą drogę do Boskovic, brak poboczy utrudnia jazdę i zabiera radość z oglądania okolic.
W Boskovicach zauważyliśmy brak poziomych powierzchni, nawet Rynek jest pochyły. Było to żydowskie miasteczko o dużym znaczeniu gospodarczym. Do II Wojny Światowej było miastem centralnym z siedzibą władz. Po wojnie rozwinął się przemysł stalowy w Blansku i ono przejęło rolę stolicy regionu. Nad miastem góruje barokowy pałac z interesującym parkiem w którym znawcy przyrody mogą znaleźć wiele ciekawych okazów. Chodzimy wzdłuż pożydowskich kamieniczek, zwiedzamy dość duży rynek. Oglądamy świątynię, która ma być wg mapy synagogą, lecz brak na niej symboli kultu. Nasze zdziwienie, z powodu braku równin, budzi kobieta z bogato wyposażoną hulajnogą z koszem na zakupy i siodełkiem. Z powodu przedłużającego się zwiedzania decydujemy się na pokonanie części powrotnej trasy pociągiem. Zajeżdżamy do naszej ulubionej Cernej Hory i wracamy na kwaterę do Blanska. Musimy przygotować się do drogi powrotnej do Polski. Pobudka zaplanowana jest na 4:30. Pakujemy się w sakwy, niektórzy stosują metodę "spilśniania" co jest dość praktyczne ale tylko jednorazowo.

10 lipca 2003. Blansko
Pobudka o okrutnej porze, czyli o 4:30. W apartamencie jest już widno, słonecznie i ciepło. Na śniadanie kawa i kanapki. Wyrzucamy śmieci, sakwy na rowery i w drogę na stację kolejową znowu obładowani bagażami. Znowu obładowani bagażami zajeżdżamy na miejsce gdzie kupujemy bilet na pociąg pośpieszny, po czesku - rychlik. O 6:14 mamy odjazd. Gdy przyjeżdża pociąg można spokojnie zapakować się do wagonu, ponieważ obsługa czeka aż wszyscy wsiądą.
Jedziemy doliną Svitawy, która jest wielkości Kaczawy i docieramy do Ceska Trebova. Jest to olbrzymi węzeł kolejowy, w którym zapowiedzi pociągów podawane są w dwu językach: czeskim i angielskim. Przesiadamy się na pociąg do Mezimesti i ruszamy dalej. Jedziemy przez Usti n/Orlicą, często widzimy zamki na szczytach gór. Na jednej ze stacji wpada do wagonu rodzinna grupka turystyczna, która jedzie do Teplickich Skał. Dzieci szalały między drzwiami i oknami. Konduktorka załamuje ręce i mówi: "Jezusz Maryjo, jak na wojnie". Około 10:00 jesteśmy w Mezimesti, wydajemy ostatnie korony i jedziemy rowerami w stronę przejścia granicznego. Deszcz przestaje padać, pokazuje się słońce. Odprawa graniczna odbywa się sprawnie i bez problemów wjeżdżamy do Polski. Myliliśmy się, sądząc, że będziemy mieli cały czas po równym. Objuczeni bagażami wspinamy się do Mieroszowa, z naprzeciwka z góry pędzi grupa rowerzystów bez bagaży. Wskazując na nasze sakwy, śmieją się, że mogliśmy więcej zakupów zrobić w Czechach.
Jedziemy na Różaną (drogowskaz na Krzeszów) ostro pod górę. W Kochanowie podczas naszego rajdu położono nowy asfalt. Zdziwiło nas to, że kładziony jest na włókninie lub na czymś przypominającym ten materiał.
Grzędy 7 - baza noclegowa agroturystyczna. Zaraz za Grzędami skręcamy na ośrodek wodny nad Dzikowcem gdzie odpoczywamy po 22 kilometrach trudnego terenu. Pogoda nadal nam sprzyja. Po godzinnym odpoczynku o 13.30 wyruszamy. Mijamy kamieniołom melafirów w Czarnym Borze, wiatr mamy w twarz. Mimo jazdy z góry jest ciężko. Zaczynają się wreszcie równiny i docieramy do Jawora o godzinie 18.45 przejechawszy 80 km. Odpoczywamy "U Dyzia" i w tym momencie rozpadał się deszcz. Dochodzimy do wniosku, że trzeba było zrobić nocleg w połowie drogi. Gdy deszcz ustał ruszamy w trasę do Legnicy znaną trasą i czujemy się już jak w domu. Tuż przed Legnicą rozpadał się deszcz i w strugach o 21:00 zakończyliśmy naszą wyprawę wyczerpani ale szczęśliwi i pełni wrażeń.


Klub Turystyki Rowerowej EkoRama składa podziękowania za wszystkie formy wsparcia duchowego jak i finansowego oraz pomoc w przygotowaniu przy realizacji tego przedsięwzięcia:


Tekst: Halina Bierwiaczonek