19-26.08.2001 - "Szwajcaria Saksońska"

Wstęp


Sprawozdanie opisuje rowerową włóczęgę Klubu Turystyki Rowerowej EkoRama (niestety, tylko 3 osoby) po Szwajcarii Saksońskiej. Łącznie byliśmy tam 8 dni (19-26 sierpnia 2001) przejeżdżając ponad 400 kilometrów po pięknych ścieżkach rowerowych pogranicza Czech i Niemiec, wybudowanych na potrzeby rowerzystów.
Chcieliśmy sprawdzić taki zamysł: jeździć po Niemczech, a mieszkać w Czechach.

19 sierpień - niedziela.
Rano na miejscu zbiórki (dworzec kolejowy) pojawia się punktualnie cała ekipa: najpierw Janusz H z synem Łukaszem(16) i Heniek Z - kierownik wyprawy. Po kupnie biletów do Zgorzelca o godz. 6.37 wsiadamy do tradycyjnie spóźnionego pociągu relacji Wrocław - Drezno i w specjalnym wagonie rowerowym dojeżdżamy do Zgorzelca. Drobne zakupy, przekroczenie granicy i jesteśmy po niemieckiej stronie w Görlitz. Po drogo- i "rowerowskazach" bez problemu trafiamy na ścieżkę rowerową wzdłuż Nysy Łużyckiej (fragment trasy rowerowej wzdłuż Odry i Nysy od Liberca do Warszewa: 420 km, planowane zakończenie budowy: 2002). Jest ona szeroka na 3m, asfaltowa i gładka jak najnowsza autostrada. Rano temperatura była niska, a niebo pochmurne lecz koło południa jest już bardzo gorąco i duszno. Ścieżka prowadzi nas do Östritz gdzie spożywamy mały posiłek.
Robimy zdjęcie na rynku i po małym błądzeniu trafiamy na zacieniony odcinek biegnący wzdłuż samej granicznej Nysy Łużyckiej. Podczas odpoczynku słyszymy od przechodzących mężczyzn: "Ja pierdzielę". Po powrocie spytamy koleżanki Ani co znaczy po niemiecku "ja pierdzielę" - żartuje Heniek. Po przejechaniu Oberseifersdorfu dojeżdżamy do Zittau, a tam przejazd uliczkami rynku, kilka zdjęć,

 

dłuższa przerwa i pyszne lody (trzy gałki - 2,40DM). Janusz i Łukasz pałaszują w błyskawicznym tempie po dwie porcje. Odpoczynek w samą porę, bo następny odcinek okazuje się trudny; 6 kilometrowy 8% podjazd w ogromnym skwarze ruchliwą szosą. Po dojechaniu do Varnsdorf (byŁ taki generał, dowódca twierdzy w Königstein) przekraczamy granicę "Dwóch Światów" i czując się swojsko lądujemy po czeskiej stronie w barze. Zamawiamy kebaby i pizzę - przez przypadek na wynos (ach ta znajomość języków...) i upragnione piwo. Wszystko kosztuje nas oczywiście mniej niż niemieckie lody! Posileni bierzemy się ostro za poszukiwanie noclegu. Początkowo okolica mało ciekawa i biedna; spotykamy sporo Cyganów. Stopniowo tereny coraz ładniejsze i bardziej zadbane. Po przejechaniu kilku miejscowości trafiamy w końcu około 17.30 do prywatnego ośrodka chatek letniskowych w Horni Podluži nr 16 do pani Marceli Hyrmanovej, tel. 0413-379-221. Za nocleg z pościelą płacimy 152 CK za osobę. Warunki bardzo dobre, miła obsługa, polecamy! Wrażeniami z pierwszego dnia podróży dzielimy się w restauracji "U Jana" przy piwie "rzezanym" (kto nie wie co to znaczy niech pojedzie do Czech i zamówi - nie pożałuje). W nogach mamy 70 kilometrów z bagażem w czasie jazdy ponad 5 godzin ze średnią prędkością 13,4. W nocy trochę zimno, bo nie zamknęliśmy okna a spaliśmy tylko pod poszewkami.

20 sierpień - poniedziałek.
Rano Heniek wstaje pierwszy i budzi nas o 7-mej. Zapowiada się jazda po dużych górach, ale wyspani i posileni porannym śniadaniem śmiało wyruszamy w drogę. Do Chřibska piękny długi, kręty zjazd. W mieście kupujemy napoje i dwie różne mapy tego samego terenu. Rano jest 150C lecz temperatura tak jak poprzedniego dnia szybko się podnosi. Jeszcze zdjęcie przy mapie na tablicy informacyjnej (nie pokazuję bo mapa wyszła strasznie blada i nieczytelna) i jedziemy znowu w dół. Na razie nie było trasy pod górę lecz za chwilę w wąwozie 14% krótki podjazd gdzie nawet podprowadzać rowery jest trudno, a potem 12% długi zjazd i krótki podjazd. W efekcie ciągle jedziemy w dół. "Zaraz dojedziemy do morza" - mówi Janusz. Kolejny zjazd, na liczniku 53 km/h. Pytamy Heńka: "gdzie te góry?" - "nie wiem, tyle tych warstwic, że trudno odczytać je z mapy"  (a sprawa jest prosta: przecież zjeżdżamy w dolinę Łaby).
 Dojeżdżamy do miejscowości Vysoka Lipa. Tu godzinny odpoczynek i znów w trasę, gdzie mijamy kolarzy górskich. Oni kręcąc zawzięcie stoją prawie w miejscu, a my znowu rozpędzamy się grubo ponad 50 km/h. Pod małą górę dojeżdżamy do kempingu w Mežní Louka, z domkami i namiotami - nocleg 150 čK za osobę. Ale to nie nasz cel i jedziemy 6 km w dół do Hřenska. W tej typowej turystycznej miejscowości, nastawionej na handel z Niemcami, po obu stronach rzeki sprzedawcy rodem z Wietnamu prezentują swe przeróżne towary. Szukamy noclegu lecz są tylko pensjonaty po 850 čK za osobę ze śniadaniem. To dla nas za drogo więc jedziemy 3 kilometrowym morderczym podjazdem do Janova. W połowie drogi odpoczynek w punkcie widokowym i rzut oka na panoramę Hřenska.

Na górze również nie ma dla nas noclegu, a po zasięgnięciu języka u miejscowych okazuje się, że jedynym sensownym rozwiązaniem jest powrót do mijanych wcześniej domków w Mežní Louka. Położenie ich jest o tyle złe, że wracając z każdego wypadu musimy na koniec pokonywać blisko 6-cio kilometrowy podjazd z przewyższeniem ponad 160m. Po zakwaterowaniu okazuje się, że nie dostaniemy czajnika, więc nie mamy wrzątku, nawet zimnego. (Pyta turysta bacy: baco, macie wrzątek? Mam, ino zimny, panocku...) Ośrodek z zewnątrz robi dobre wrażenie ale po bliższym zapoznaniu się - realny socjalizm. "Co to znaczy" dopytuje się Łukasz. "Idź do WC to zrozumiesz". Poszedł i zrozumiał; na kilkanaście domków i duże pole namiotowe mogące pomieścić kilkadziesiąt namiotów i przyczep kempingowych w toalecie męskiej dwa prysznice bez zasłonek, ciepła woda na godziny (7-9 i 17-21), umywalki tylko z zimną wodą, bez luster, ubikacje bez zamknięć wiecznie okupowane z powodu niewystarczającej ilości kabin, brudno (ciekawe że na kempingu widzimy Niemców, Włochów, Szwedów..- jacyś biedni ?). Humory znowu wróciły do normy po posiłku i piwie w gospodzie "U Frolika" (sekane, knedliky, zeleni czyli kotlet mielony z bułką na parze i kapustą białą gotowaną na słodko-kwaśno). Platim! - wołamy. Do hromady? - pyta młoda kelnerka. Do hromady! - pada potwierdzająca odpowiedź. Wychodząc z gospody zaskakuje nas burza. Łukasz w dość oryginalny sposób robi toaletę wieczorną myjąc się w strugach ulewnego deszczu. Jeszcze rowery do domku i upragniony sen. Dziś przejechaliśmy 53 kilometry w czasie 3,5 godziny, ze średnią prędkością 15.

21 sierpień - wtorek.
Znów wczesna pobudka o 6.00. Jest chłodno i wilgotno, uprane rzeczy nie chcą schnąc. Heniek  zainspirowany grecką mrożoną kawą robi sobie małą rozpuszczalną na wodzie mineralnej. Po chwili zwierza się, że takiego ohydztwa dawno nie pił. Przyczyna: brak czajnika bezprzewodowego, a co za tym idzie wrzątku (wg zapewnień H. w Czechach miał być czajnik w każdej chatce, ale nie sprawdziło się).
 Po wczorajszym zaklinaniu deszczu, który padał całą noc, rano  trochę się przejaśniło, lecz po naszym wyruszeniu znów się rozpadało (momentami leje jak z cebra).
W planie mieliśmy dziś Königstein ale z powodu deszczu i marnej widoczności decydujemy się na jazdę do Dečina. ( może jednak kupimy czajnik ?). 
W Hřensku azjaci już o 8.30 przygotowują się do handlu mimo ulewy.
Z Hřenska jedziemy szosą, ale na czwartym kilometrze (dzięki refleksowi Janusza), przeprawiamy się na drugą stronę Łaby bardzo pomysłowym promem. Przeprawa kosztuje tu 5 CK za osobę i 5 CK za rower.  Po przekroczeniu rzeki jedziemy górzystą, miejscami bardzo stromą, ścieżką rowerową (dobry asfalt) do samego miasta. Jeszcze raz pokonujemy rzekę, tym razem mostem. Spotykamy duński ruchomy hotel na kółkach, zapisujemy ich adres: www.detrullendehotek.dk
W Dečine kilka razy gubimy się, lecz nie przeszkadza nam to skierować Niemca mówiącego po angielsku na trasę, którą my jechaliśmy (czy trafił, to inna sprawa).
 Po wskazaniu nam drogi przez sympatyczną panią, która za rok odwiedza Polskę docieramy do centrum handlowego Kaufland. Kupujemy czajnik (1litr 199 CK), zjadamy po pół kurczaka, robimy zakupy.
Oglądamy Dečin (ładny !) w drobnym deszczu, robimy kilka zdjęć i po małym błądzeniu wracamy do Hřenska znaną już ścieżką rowerową (i promem). Wypijamy po jednej kawie, na koń i podjazd do Mežni Louka. Na obozowisku po rozpakowaniu się okazało się, że Heniek kupił jedzenia na 2 tygodnie, a nie na parę dni. Pod wieczór bar, toaleta. Na liczniku 53km w 4 godz. ze średnią prędkością 13,2 km/h. 

22 sierpień - środa.
Po wczorajszych ostrych zjazdach Januszowi i Henrykowi zaczęły szwankować hamulce. Naprawa ich zabrała nam więcej czasu niż planowaliśmy; Rezerwujemy w recepcji  noclegi do niedzieli i wyruszamy dopiero o godz. 10.15.
 W Hřensku skręcamy na północ, przekraczamy posterunek graniczny i wjeżdżamy do kilometrowej strefy bezcłowej na końcu której przekraczamy granicę niemiecką. Jesteśmy w Unii Europejskiej! ( 3 lata przed terminem ?!). Jedziemy  wzdłuż prawego brzegu Łaby wąską,  ruchliwą drogą nie wiedząc (na razie), że po drugiej stronie Łaby jest rowerowa ścieżka. 
Znów szwankuje rower; niemiecki pracownik z małej stoczni nad Łabą dokręca nakrętkę na kolumnie kierownicy nietypowym kluczem 32 (i zrywa gwint do reszty) . 
 Parę metrów dalej stoi słup z liniami pokazującymi powodzie ostatnich dwóch wieków. Zszokowało to nas wszystkich. Ostatnia największa powódź była ok. 20 lat temu. Poziom Łaby, rzeki o bystrym nurcie, podniósł się wtedy o kilkanaście metrów.
Po 3 km trafiamy na ścieżkę rowerową. Spotkanego Niemca pytamy ile kosztuje przeprawa promowa. Wychodzi że 6,60 DM, czyli 13 zł za osobę z rowerem. - rezygnujemy więc na razie z przeprawy promowej. Jak się później okazało, uprzejmy tubylec policzył ile mamy zapłacić za 3 osoby i 3 rowery!
W ciekawym i ładnym mieście Bad Schandau przekraczamy Łabę i szosą jedziemy w kierunku Konigstein.
Szosa bez poboczy, dużo samochodów, hamujemy ruch, ale kierowcy niemieccy zachowują się elegancko. Przypominają się nam zdania wyczytane w czeskim informatorze: "Při tamto úkonu ihned poznate rozdil mezi českymi a nemeckymi řidači. Nemecky automobilista na vas neutrobi a nenadava, abyste s tim kolem šli do pr...., ale zastavi a ukaže, že mate volnou čestu. S tim se nesetkate pouze v Nemecku, ale ve všech civilizovanych zemich"). Tym niemniej ślubujemy: nigdy więcej po takiej szosie.
Dojeżdżamy do Königstein , trafiamy na ścieżkę rowerową z parkingiem "rowerowym".
(O ścieżkach rowerowych w Niemczech można długo i w samych superlatywach - napiszę o tym w podsumowaniu).
Jedziemy dalej, wspaniałe widoki na przełom Łaby - zwłaszcza na słynny Bastein. Po kilku km przeprawiamy się promem (1,3DM/os i 0,9DM/rower) na drugą stronę Łaby do kurortu Rathen. Mnóstwo wycieczek, statkami różnej wielkości i klasy przypływają turyści z Pirny i z Drezna.

Odpoczywamy w Rathen, posilamy się, oglądamy architekturę i przyrodę i drogą okrężną przez Waltersdorf i Porschdorf dojeżdżamy do Bad Schandau i dalej do granicy i Hřenska po czeskiej stronie.
Stąd do naszego domku tylko 6 km podjazdu. Dojeżdżamy zawsze w tej samej kolejności: Łukasz, Janusz, Heniek. Na miejscu już tradycyjna herbata z rumem, bar, prysznic i spanko. Przejechaliśmy 65 km ze średnią prędkością 14,4 km/h.

23 sierpnia 2001 - czwartek.
Dziś rano niezła widoczność, jedziemy zwiedzić twierdzę Königstein. Znaną nam ścieżką wzdłuż Łaby, kilka przepraw promowych, długi i dość stromy podjazd do góry i jesteśmy na miejscu. Rowerów do twierdzy wprowadzać nie wolno, więc zostawiamy je przed wejściem obok kasy. Bilety po 8 DM.
Zwiedzamy twierdzę, dwa arsenały, zaglądamy do szesnastowiecznej 152 metrowej studni. No i przede wszystkim podziwiamy wspaniałe widoki; choć z powodu upału widoczność nie najlepsza.

Wieczorem wracamy do Hrzenska.
Dystans dzienny: 58,4
v max: 47
V sr.: 13,7

24.08.2001 - piątek.
Dziś "robimy" "Dečinsky silnični okruh" czyli pętlę wokół Dečina.
Kolejno: Meżni Louka (280m npm), Vysoka Lipa (310), Jetrichovice (240), Srbska Kamenice (200), Nova Oleska ((240), Kamen (340), Ludvikovice (290), Decin (150), Hrzensko (120) i z powrotem w Meżni Louka.
Bardzo ładna górzysta trasa i bardzo piękna pogoda, choć trochę za gorąco. Ale na szczęście było sporo cienia.


Przejechaliśmy 56 km ze średnią prędkością 13,8 km/godz.

25.08.2001; sobota

Planowaliśmy dojazd do Drezna rowerami. Po bliższym rozeznaniu okazało sie jednak że przejazd w obie strony z przeprawami przez Łabę zajmie nam tyle czasu że na zwiedzanie Drezna nie starczy czasu. A więc korekta planu: kupujemy bilet Wochenende ticket (40 DM za 5 osób na 27 godzin) i raniutko jedziemy pociągiem z Milki do Drezna.
Spokojnie włóczymy się calutki dzień z rowerami po Dreźnie, "zaliczamy" Zwinger i kilka zabytków "starego" Drezna, oglądamy "nowe, socjalistyczne" centrum, odpoczywamy przy piwie nad Łabą w tłumie tysięcy turystów, a późnym wieczorem wracamy pociągiem do Bad Schandau, skąd w ciemnościach tylko 9 km do naszej bazy - w tym 6 km pod górkę.
Po drodze w Hrzensku robimy zakupy w strefie wolnocłowej - ceny (zwłaszcza alkoholi) atrakcyjne.

26.08.2001 - niedziela.
Dziś koniec wyprawy.
Wczesnym rankiem zjeżdżamy do Bad Schandau a stąd pociągiem do Drezna.
Jeszcze mała rowerowa wycieczka po Dreźnie a potem pociągiem go Bautzen.
Witają nas na dworcu dwujęzyczne napisy.
Zwiedzamy przez kilka godzin miasto. W 100 % odnowione. Coś fantastycznego!
Po prostu perła!
Drezno ma co prawda wiele zabytków ale urodą nie dorasta do pięt miasteczku Bautzen.
I prawie na wszystkich ulicach ścieżki rowerowe!


 

Późnym popołudniem wsiadamy do pociągu i za 2 godziny jesteśmy w Görlitz.
Przekraczamy granicę i na dworzec w Zgorzelcu.
Tu przeżywamy niemały szok: po fantastycznych pociągach DB, trafiamy na wyjątkowo obskurny - nawet jak na nasze warunki - pociąg do Legnicy.
Ale nie ma co narzekać: w końcu i tak dowiózł nas do domu.

Łukasz H.