14-17.06.2001 - "Biwak w Wojcieszynie 2001"

 

Boże Ciało - dojazd, kwatera, 40 km.
Piątek - Ostrzyca, 35 km.
Sobota - Grodziec, 28 km.
Niedziela - powrót, 45 km.
Razem 148 km

Dzień pierwszy, 14 czerwca 2001, czwartek, Boże Ciało, Wojcieszyn.
Trasa: 11.20 Most Bielański - Prostynia - Dunino - Wilczyce - Ernestynów - Brennik - Wyskok - Nowa Wieś Złotoryjska - Uniejowice - Wojcieszyn godz. 15.20 - 40 km.
10 osób.

Janusz H prowadzi grupę, za nim Łukasz, Marika, Kasia, Justyna, Ania M, Natalia, Mateusz, Andrzej i Halina. Odprowadzający Ola, Janusz i Grzesiek W.
Samochodem dojedzie Stasiu, Zosia, Ola, Tomek. Jola, Anetka.
Na starcie Janusz H pompuje tylne koło rowerowe a Halina dostaje koszulkę alpinusa od Ani. Lecimy przez park na ul. Jaworzyńską i prosto na wodociągi. Robi się coraz cieplej. Przecinamy autostradę i zatrzymujemy się. Janusz wymienia dętkę, wszyscy przebierają się w letnie rzeczy. Halina demonstruje zimową czapeczkę wełnianą. Jedziemy na Prostynię. Jedni mają mocno obciążone rowery, bo wiozą rzeczy wspólne z dziećmi. Inni jadą pustymi rowerami. Jeszcze inni skorzystali z wcześniejszego transportu i zawieźli namioty, śpiwory i karimaty samochodem.
Trasę trochę znamy, bo rok temu jechaliśmy tędy na 32 Rajd Kaczawski Hutników Miedzi do Wlenia. W Brenniku (Złotoryjskim) słychać z daleka na drodze dzwoneczki kościelne. Droga jest kręta więc nic nie widać ale czuć zapach kadzidła. Nagle przed nami wyrasta czoło procesji. Wciskamy się w jakąś lukę między domami. Najpierw ukazuje się figurka Matki Boskiej niesiona przez czterech mężczyzn, dalej dziewczynki sypią kwieciem. Ksiądz niesie monstrancję (bez baldachimu), dalej same kobiety w odświętnych strojach, potem reszta wioski. Kwitną różowe akacje i jaśminy. Mieszają się wszelkie zapachy na trawersowej drodze. Przed nami ostry zjazd i zakręt w lewo. Na żwirku łatwo wpaść w poślizg. W Nowej Wsi Złotoryjskiej jesteśmy około 14.00. Robimy przerwę na obiad na trawie. Wszystkie sklepy pozamykane, dziś wielkie święto. Smakują jajka na twardo i rzodkiewka. Jedziemy asfalcikiem dla rowerzystów tzn. drogą wąską na dwa - trzy metry, obsadzoną drzewami. Do celu zostało dwie wioski. Niebawem wjeżdżamy na Garbaty Mostek na Skorze i w górę rzeki. Dolina Skory jak zwykle urokliwa w cieniu jaworów, jesionów i lip. Mijamy Uniejowice wspominając pobyt u pana Sabadacha w Muzeum Armii WP i Armii Radzieckiej. Wojcieszyn łączy się z Uniejowicami. Podziwiamy ujęcie wodne prowadzące Młynówkę przez cały Wojcieszyn. Janusz zagląda czytając numery gospodarstw. Po prawej sklep i karczma, po lewej remiza z czerwonej cegły i już mostek do gospodarstwa agroturystycznego nr 80. Na podwórzu wielkie stojaki z łęcinami fasoli tzw. jaśka. Po lewej zagroda z kozami, które ciekawie zaglądają na rowerzystów. Dalej trawnik z paleniskiem i przedwojenną ławką ogrodową. Między drzewami rozpięty hamak. W zagrodzie na łące koń. Prawdziwy, brązowy, na imię ma Sofia, bo to trzyletnia klacz. Dalej zagroda na strusie. Stado kaczek jest zwykłe ale biały kogucik wygląda jak wystrzępiony Czupurek. Kwoka prowadza się dziesiątką kurcząt. Rzucamy rowery na środku placu i gonimy do konia. Sofia daje się pogłaskać a sierść ma milusią. Dom jest wielki z kamienia piaskowcowego, w tej chwili bez tynku, bo trwa remont adaptacyjny na Gasthaus.
Jacek - gospodarz kończy montaż węzła sanitarnego przy hallu. W pokoju po lewej jest już kominek i nowoczesne okna ale trwa wymiana podłogi więc tam zajeżdżamy z rowerami. Na prawo od wejścia duża wiejska kuchnia z trzonem kuchennym. Jest też maszynka na gaz z butli. Na pięterku już można mieszkać. Z tego pokoju zabieramy namioty. Okazuje się, że mamy za dużo o jeden namiot.
Sąsiednie drzwi prowadzą do chłodnego pomieszczenia, nisko sklepionego. Dwie kolumny z piaskowca dźwigają łuki sklepień. Z jednej strony duży kominek, z drugiej bar z czerwonej cegły. W trzech narożach piękne stare dębowe ławy półkoliste i okrągłe masywne stoliki.
Gospodarz pokazuje gdzie możemy rozbić namioty. Na łące obok domu, ale leży tam siano dla Sofii. Składamy je, grabimy na cztery kopki. Namioty ustawiamy jak się komu podoba. Dzieciaki z całej wsi zbiegły się na drogę oglądać namioty. Ola dojeżdża samochodem ze Stasiem, Zosią i Zibim. Janusz wraca rowerem do pracy na jeden dzień. Robimy spotkanie na karimatach. Młodzież łuska fasolę. Późnym wieczorem przenosimy się do pubu aby posiedzieć przy kominku. W nocy jest chłodno. Wełniana czapka narciarska przydaje się w środku lata.

Dzień drugi, 15 czerwca 2001, piątek, Wojcieszyn.
Trasa: 11.00 Wojcieszyn - Pielgrzymka - Proboszczów - Ostrzyca 501 m npm - Pielgrzymka - Jerzmanice - Wojcieszyn - 16.00 - 35 km.
10 osób.

W nocy padał mały deszczyk. Około 11. 00 pod kierownictwem gospodarza Jacka jedziemy baz bagażu na Ostrzycę. W ogonie Andrzej, Mateusz, Ania, Kasia, Łukasz, Justyna, Marika, Piotrek i Halina. Zapychamy w górę Skory, niezbyt stromo ale ciągle pod górkę. Jacek zwraca naszą uwagę na gospodarstwo jak zamek otoczone murem z kamieni. Dalej robimy zdjęcia kamiennego ogrodu gdzie jest trawa, woda i kamienie. W Pielgrzymce podziwiamy wyremontowaną wieżę kościoła ucieczkowego z balkonikiem. To pamiątka po prześladowaniach wyznaniowych "Czyja włada tego religia" z okresu po wojnie trzydziestoletniej zakończonej jesienią 1648 r. W sklepie wiejskim kupujemy lody, jest duszno, pachnie burzą. Dalej zachwyca pszenica czerwona od maków. Na wiejskiej chacie uchował się poniemiecki napis ze strzałką "Spitzberg" czyli Ostrzyca 2 km. Na tych zboczach wypływa Skora. Rzeka o górskim charakterze "skora" do gwałtownych przyborów, obfitująca w pstrągi, wpada do Czarnej Wody, Czarna Woda do Kaczawy, Kaczawa do Odry. Zaczyna się droga pożarowa nr pięć. Ocieram się o krzew wawrzynka wilczełyko. Teraz niczym się nie wyróżnia ale w marcu, gdy nie ma jeszcze liści cały obsypany jest różowymi kwiatuszkami. Droga okręca nas wokół stożka, prowadzi na łąkę pełną łubinów. Spotykamy niebieski szlak i już prosto do góry aż do schodów bazaltowych. Jest ich 445 szt. Nie ma potrzeby liczenia ich. Tablica informuje o rezerwacie. Jacek zostaje ponieważ był tam niedawno więc pieszo wspinamy się do góry. Na rumoszu bazaltowym kwitną żółte naparstnice górskie, a wyżej lilie złotogłów, najpierw jedna, dwie a dalej całe zbocze, "... gdzie wonna leluja różowym rusztowaniem na powietrzu buja..." M. Pawlikowska-Jasnorzewska - Ucieczka w tatry. Ze szczytu otwiera się widok na Zachodni Grzbiet Gór Kaczawskich, Łysa Góra zaznaczona jest wieżą antenową. Na rozległych łąkach i polach widać wieś Buczynkę i Proboszczów.
Zjazd to wygon. Najpierw wąską wertepianką po kamieniach, potem asfaltem pędzi się świetnie. Do domu rzut beretem a Jacek zakręca gdzieś w prawo.

Wobec tego nie grymasimy więcej i jedziemy polami wzdłuż nieczynnej linii kolejowej Lwówek - Złotoryja ( To dopiero było połączenie kolejowe z Legnicy aż do Świeradowa). Dojeżdżamy do nieczynnego kamieniołomu bazaltu. Oglądamy piece do wytopu cynku, obok samotne gospodarstwo. Dom i słup energetyczny obrośnięte bluszczem. Przyjaciela Jacka nie ma chwilowo w domu. Jacek wykonuje telefon. Kolega dojedzie do domu za pół godziny. Nie czekamy. Jedziemy polną dróżką. Kilka osób jest znikającymi punktami, widać ludziki jak zapałki. Widać też szczególny kształt Wilczej Góry. Na rogatkach Jerzmanic odpoczywamy w sklepie pijąc piwo. Zjeżdżamy do Wojcieszyna. Dwie koleżanki rzucają rowery na polnej drodze aby polecieć w krzaki. Andrzej zatrzymuje Halinę - Nie przeszkadzaj - mówi. One wołają - Halina, podjedź z papierem toaletowym. Dylemat rozstrzyga rozpędzony traktor, który omal nie rozjeżdża rowerów i kobitek i gołymi ... Jedziemy opłotkami prosto do gospodarstwa od tyłu. Tymczasem przyjaciel z Pielgrzymi przyjeżdża samochodem z rożnem, kiełbasą, węglem i skrzynką napojów. Justyna jeździ wierzchem. (Nie może być, na kocie ?) Grilla rozpalamy na środku pola namiotowego. Natalia robi za podkuchenną obracając kiełbaski. Przyjeżdża Janusz z Anią H i Piotrkiem Palaczem (kolegą Łukasza) Palacz ma na koszulce napis "Palenie obniża możliwości" Janusz zagotowuje w kuchni fasolę, która potroiła swoją objętość i wychodzi z kotła. W kilka osób pomagamy gospodarzowi składać siano na opłotkowej łące. Trzy wały siana układamy w 14 kopek dla Sofii. Gospodarz mówi, że Sofia bardzo lubi karmę dla kaczek. Gdy woła kaczki do koryta Sofia rży więc jeśli gospodarz uparuje mało ziemniaków ze śrutą cichutko podaje kaczkom. Wieczorem siedzimy w pubie przy ognisku. Cieszymy się najdłuższymi dniami w roku. Prezes zaprasza wszystkich na czyn zarobkowy w najbliższą sobotę, będzie cięcie żywopłotów na strefie ochronnej Huty Miedzi w Legnicy.

Dzień trzeci, 16 czerwca 2001, sobota, Wojcieszyn.
Trasa: 12.00 Wojcieszyn - Uniejowice- Zagrodno - Grodziec - Zamek Grodziec - Nowa Wieś Grodziska - Wojcieszyn godz. 16.00 - 28 km.
8 osób.

Nad ranem pada rzęsisty deszcz. W namiocie 4 - osobowym Campusa śpię z Natalią, jest ciepło i przytulnie. Po deszczu ok. południa gdy wychodzi słońce zbieramy się na wycieczkę rowerową do Grodźca oglądać zamek. Prowadzi Jacek, jedzie Janusz, Ania, Natalia, Andrzej, Mateusz, Piotrek i Halina. Początek trasy wypas, bo z góry doliną Skory i wygodną asfaltową drogą. W Zagrodnie pod górkę i tak aż do celu. Jest duszno, zamek pokazuje się coraz wyraźniej. Widać ceramiczny dach i dwie wieże. We wsi Grodziec Jacek pokazuje park i pałac. W zarośniętym parku otwiera się ogromna bryła barokowego, (przechodzącego w rokoko) pałacu, reprezentacyjne schody, dwa wysunięte skrzydła pałacu. Niektóre okna namalowane dla zachowania pełnej symetrii. Tunel. Rzecz niezwykła, był czyś w rodzaju wyjścia ewakuacyjnego z pałacu. Ciągnie się ok. 1,5 m pod ziemią i ma długość ok. 150 metrów. Na początku można nim iść wyprostowanym, na końcu ma niewiele ponad 50 cm wysokości. Tunel jest półokrągło sklepiony, wyłożony płytami z piaskowca. Z pałacu prowadzą do niego dwa wejścia. Zaczyna się we wschodnim skrzydle, biegnie pod budynkiem w zachodnią stronę. W parku widać wyjścia. Jedno z nich znajduje się - jak w dobrej powieści przygodowej - w konarach drzewa. (Tunel - gazeta Słowo Polskie z 6 kwietnia 2001 r) Obiekt jest nakryty ceramicznym dachem i ogrodzony paskudnym blaszanym płotem przecinającym park. W środku ujada rotweiler. Park z czerwonymi bukami podoba się wszystkim. Oglądamy stajnię z epoki. Bielone ściany. Filary i łuki malowane na niebiesko. Podłogi nie ma. Wracamy na drogę pod górę. Mijamy zabytkowy kościółek i do góry na fosę zamkową. Nowy kasztelan zbiera po 5 zł od osoby za oglądanie surowych betonowych ścian Sali Rycerskiej. Imponująca jest grubość ścian ( ok. 4 m). Początki budowli wiązane są z plenieniem Bobrzan. Jako kasztelania wymieniany jest od przełomu 10 i 11 wieku. W 1320 r Grodziec sprzedał Bolesław Legnicki rycerzowi z rodu Bożywojów, którzy zasiedlili okolice Chojnowa. Od nich ponownie odkupił zamek książę legnicki Fryderyk I. Rozpoczynając rozbudowę. Wojna 30-letnia niszczy zamek, który pozostaje w rękach książąt legnickich aż do śmierci ostatniego z rodu Piastów tj. Jerzego Wilhelma ( jesień 1675). Nowy właściciel hrabia Hochberg kupił ruinę i wolał zbudować u stóp wzgórza nowy pałac niż odbudowywać ruinę. Kolejny właściciel Grodźca Dirksen od 1899 zrekonstruował zamek. Syn Dirksena aż do wojny był ambasadorem Niemiec w Moskwie, Tokio i w Londynie. Nie pozostawił spadkobiercy. Gdy odpoczywamy przy kawie na dziedzińcu, pod parasolami pada deszczyk. Jest ciepło, pachnie dymem z ogniska. Po godzinnym odpoczynku ruszamy na Nową Wieś Grodziską. Po deszczu pachną przydrożne blekoty. Ania mobilizuje wszystkich do składki na boczek oraz przyprawy do fasoli. Zakupuje Janusz i zostaje JASIEM FASOLĄ. Natalia pisze się na podkuchenną. Na kwaterę jedziemy ciągle w dół, gdzie lądujemy ok. 16.00. Justyna ujeżdża Sofię. Kasia i Łukasz rzeźbią w piaskowcu płytę pamiątkową "EkoRama 14~17.VI.2001" Tomek przestawia meble w pubie, szykując miejsce przy kominku. Za barem, na regale lądują kufle - pamiątki po świętach hutniczych- oraz kaworóbka a także oszklone informacje o wyższości roweru nad współmałżonkiem, np. rower nie spędza całego weekendu przed TV. Gospodyni Ewa piecze chleb, korzystając ze starego przepisu i starego pieca chlebowego. Podkuchenna Natalia kroi boczek w kostkę. Jaś Fasola pichci wielki gar fasoli na kuchni węglowej. Ania dosmacza majerankiem, czosnkiem i ostrą papryką w strączkach. Za oknami leje deszcz. Wszyscy zbiegają się do pubu gdzie Jaś serwuje gorącą fasolę. Udała się nad wyraz. Po deszczu idziemy w pole. Gospodarz bierze kosę spalinową na dwie żyłki, a Zarząd Klubu w komplecie zabiera grabie do trawy oraz worki. Kwitnąca trawa leży po deszczu. Zielonka potrzebna jest dla Sofii. W pubie pijemy wino Sofię. Młodzież parodiuje dorosłych. Ania H ma czapeczkę z motylkiem. Motyl jest większy od czapeczki. Anetka ma czerwoną apaszkę Ani M. Łukasz rzuca wszystkich na kolana , gdyż wypchał sobie brzuch poduszką, okularki rowerowe zawiesił na szyi a w rękach klucze ślusarskie. Cały Andrzej, nawet chód Andrzeja podrobił.
Z głośników leci muzyka Via Con Dios. Kuchennym wejściem wchodzi ogrodnik w słomkowym kapeluszu i porwanych spodniach.
Jaś Fasola, Tomek i Ania H śpiewają -
"Czerwone korale, butelki mieć nie muszę wcale, kubek blaszany wystarczy mi". Mała Ania tak się śmieje, że nie może śpiewać. Zaczynają się balety. W powietrzu latają "bengale"

Dzień czwarty, 17 czerwca 2001, niedziela, Legnica.
Trasa: 14.30 Wojcieszyn - Zagrodno - Łukaszów - Brochocin - Dzwonów - Strupice - Lubiatów - Czerwony Kościół - Legnica 19.30 - 45 km

Rano spaceruję z Olą, Robertem i Grażyną do trzech sklepów w poszukiwaniu pieczywa. Zajmuje to dwie godziny od 9.00 do 11.00. Kilka osób wyjeżdża wcześnie rowerami. Na śniadanie chleb wypieku gospodyni Ewy ze smalcem swojej roboty z cebula i jabłkiem. Śniadanie prawie jak na Wielkanoc od rana do obiadu. Pakujemy namioty, i wrzucamy je do gościnnego pokoju. Przyjadą samochodem. Ola zabiera się z Zosią samochodem. Reszta ma odjazd z góry jak wczoraj. W Zagrodnie wczoraj było w lewo na zamek, dziś jedziemy w prawo na Złotoryję. Mijamy całą wieś. Zostawiamy dolinę Skory. Jedziemy wzdłuż nieczynnych torów kolejowych relacji Złotoryja - Chojnów i za różową budką wagi towarowej przecinamy tory w lewo na Łukaszów. Polna droga jest szeroka i wygodna biegnie Wysoczyzną Chojnowską z widokami na Wilczą Górę, Ostrzycę i Grodziec. W Łukaszowie zaś zakręcamy w lewo na drogę dużego ruchu do Brochocina. Tu wypływa rzeczka Brochotka, którą "ćwiczyliśmy" tydzień temu. Obok przystanku PKS w prawo na polną wetrepiankę pośród wzgórz do Dzwonowa. Tu pod nr 7 pan Roman Szczepański (tel. 877-42-38) ma hurt i produkcję rowerów "Roman'S". Ma też staw z pstrągami. 13 zł za kg świeżego, 8 zł szt. smażonego. Ma też bliźnięta. Organizuje Zloty Bliźniaków. W Dzwonowie jest dużo par bliźniąt w różnym wieku. Gospodarz p. Szczepański zaprasza rowerowych, obiecuje zniżki i wolny wstęp. Właśnie wypuszcza wodę ze stawu pstrągowego aby napuścić wody do basenu kąpielowego. Na pomostach wędkarze wyciągają pstrągi, którym raptownie kurczy się przestrzeń życiowa. Po kilku lodach, piwach, pstrągach, jajkach na twardo ruszamy, najpierw przecinamy rzeczkę Brochotkę i do wsi Strupice. Dalej polami na Lubiatów. W dali widać pędzące autostradą samochody. Jest tak parno, że pewnie będzie burza. Widać kominy Huty Miedzi w Legnicy, a z boku czarne chmury. W Lubiatowie łapią nas pierwsze krople (może ostatnie z odległej burzy). Jezdnia jest mokra.
Poznajemy miejsce w Lubiatowie gdzie Klub EkoRama witał gości z Wuppertalu rok temu. Wjeżdżamy w pola czytaj w błota. Nad Legnicą szaleje ulewa. Czereśnie są prawie dojrzałe. Przy Hucie dopada nas deszcz. Jest ciepło. Ania, Natalia i Justyna odjeżdżają pierwsze od pl. Łużyckiego. Jedziemy do centrum , co chwilę ktoś odpada. Żegnamy Janusza, Łukasz i Anię H. Prezes samotnie odprowadza mnie do domu i pędzi do siebie. Jest godzina 19.30.

Tekst: Halina Bierwiaczonek, Fot: J.H