16.04.2001 - Poniedziałek Wielkanocny 2001

16 kwietnia 2001.


O godzinie 9.30 korzystając z przerwy między deszczami jadę obładowanym rowerem do parku. Na moście Bielańskim mam, dopiero co, umówione spotkanie z Anią. Przez chwilę zbieram fiołki w mokrej trawie. Karmię orzeszkami wiewiórkę. Ania przyjeżdża sama. Na bagażniku plecak Salomana mocno wyładowany rzeczami na zmianę w razie deszczu. Jedziemy na Piekary gdzie jest wyznaczona zbiórka przy kościele Zielonoświątkowców. Punktualnie o 11.00 przyjeżdża Danusia. Czekamy kwadrans dzieląc się wrażeniami z Pierwszego Dnia Świąt Wielkanocnych. Jest chłodno, 5 stopni i zachmurzenie całkowite. Pachnie wiosną po deszczu. Nikt nie dojechał więc jedziemy do Kunic przez Zimnice. Na Piekarach dzieciarnia gania z wiadrami czerpiąc wodę z kałuży. Śmigus dyngus.

- Gdzie pojedziemy jeśli Ośrodek w Kunicach będzie zamknięty ? - pytam
- Na moją działkę na Zimnicach - deklaruje Danusia - Tam jest altanka z wygodami.

Mijamy Ogrody Działkowe. Gdzie niegdzie kwitną żółte narcyzy "trąbone" Ogródki jeszcze są przeźroczyste. Bez pośpiechu podjeżdżamy na górkę i zaraz aleja akacjowa. Ania z daleka wypatrzyła bociana w locie a po chwili innego pokazuje nam przy samej drodze. Wiosna ! W Ośrodku przywitał nas pan Lucjan oferując różne miejsca na biesiadę. Wybieramy stare pnie nad jeziorem. Stół dekorujemy odświętnym obrusem i tulipanami w puszcze po piwie. Na stole pojawiają się jajka święcone, cielęcina pieczona, boczek faszerowany, kiełbasa biała pieczona, chrzan, napoje, mazurki, serniki, szarlotki. Śniadanie na trawie. Robimy zdjęcia. Nagle jak nie lunie ze szwungiem. W popłochu przerzucamy wiktuały pod wiatę, ponownie urządzając stół wielkanocny. Pierwszy toast: "Abyśmy miały zdrowie i pracę". Kierownik Lucjan przyniósł wiadro węgla drzewnego i denaturat. (Rozumiem, w Wielkanoc pijemy tylko napoje wykwintne - hz) Po chwili ognisko domowe rozgrzewa towarzystwo. Rowerem między kroplami deszczu przyjeżdża kolega klubowy Romek. Danusia wykonuje sen fizjologiczny na ławie, bo o 8 rano skończyła dyżur w szpitalu. Spacerujemy po mokrych trawnikach nad jeziorem. Trzciny jeszcze szare ubiegłoroczne, ale już trzepoczą się w nich łyski i kaczki krzyżówki. Jakaś omega tapla się na słabym wietrze. Snujemy plany na najbliższe wolne weekendy.

- Za tydzień gdyby pogoda była znośna możemy pojechać do Studnicy - proponuję - Musiałabym zatelefonować do parafii Miłkowice, poprosić księdza o klucz do kruchty gdzie są epitafia rodziny von Christopha Fridricha von Tschetch i Johana Wenzel von Trach, zmarłemu w 1767 r.: "... Przystań wędrowcze, chwil kilka i pamięć, na którą zasłużył pełen godności..."

Kolega Romek opuścił nas przed wieczorem, później Danusia wyrwała się sama do domu. Z Anią pojechałam za widna (ok. 20.00) do rogatek miasta. Dobrze, że w mieście ulice oświetlone to wygodnie dojeżdżamy pod sam dom Ani.

hb.