29.06-13.07.2000 - Włóczęga po Parkach Krajobrazowych Polski

 

W dniach 29 czerwca - 13 lipca 2000 odbyliśmy planowaną od września 1999, włóczęgę rowerową po parkach krajobrazowych Polski. Oto relacja Halinki B.:

Dzień pierwszy: 30 czerwca 2000, piątek - autobusem z Legnicy do Radachowa k/Ośna Lubuskiego.
Godzina 16.00 przy Bramie Głogowskiej w Legnicy zjeżdża rowerami 15 osób Tomek, Jola i Kasia, Ola, Zibi i Justyna, Janusz i Łukasz, Andrzej z Mateuszem, Heniu, oraz najpiękniejszy team Danusia, Ania, Maciek (Hanys) i ja. Wszyscy jesteśmy odprasowani, ostrzyżeni, eleganccy i pachnący. Początek wczasów "w siodle". Mikrobus mercedes z MPK i oplandekowana przyczepa z Teatru zostały wynajęty przez Klub EkoRamę w ostatniej chwili z uwagi na groźbę strajku na kolei. Panowie pakują rowery i cztery wózko-przyczepki. Koledzy klubowi m.in. Zosia z mężem żegnają nas odpowiednimi transparentami. Wzięłam na drogę kilka butelek wina z czarnych porzeczek i nim jeszcze ruszył samochód zaczynamy swoją włóczęgę (ten fragment winien być wycięty przez cenzurę bo zachowanie niezgodne z regulaminem - dozwolone jest tylko piwo). Na dworze jest słonecznie choć chłodno (16 stopni C).

Rok temu w podróży do Radomierza k/Przemętu Heniu opisał trasę rowerową na pojezierzu pomorskim z wożeniem całego sprzętu przez dwa tygodnie lipca. Ola zapaliła się do tego pomysłu - będziemy niezależni. Pojedziemy gdzie nas oczy poniosą. Heniu otwierał mapy: - Pojedziemy pociągiem z Legnicy do Rzepina z rowerami, dalej na rowerach przez Barlinecki Park Krajobrazowy, Borne Sulinowo - odwiedzimy słynny "obiad Drawski". Dwa - trzy dni przeznaczymy na spływ kajakowy w dorzeczu Brdy i powrót przez Puszczę Notecką w okolice Zielonej Góry skąd pociągiem do Legnicy. Kosztowałoby to niedrogo - kontynuował Heniu - bo tylko pociąg i pola namiotowe. Klub EkoRama zakupi kilka specjalnych przyczepek rowerowych i cztery lekkie duże namioty, a za dwa lata pojedziemy za granicę, bo tam są wyznaczone ścieżki rowerowe.

Ja nie jestem crazy turystką aby wozić na rowerze cały sprzęt! W zimie poprosiłam o regulamin i oto jestem na "Włóczędze 2000". Najlepsze przed nami.

Około 21.00 dojeżdżamy za Rzepin, za Ośno Lubuskie do miejscowości Radachów gdzie mieszka wujostwo Joli i Tomka. Kilka osób jest w dobrej formie więc na trawiastym podwórku stawia namioty. Ania odpina z łańcuchów wszystkie psy, bo zrobiło jej się ich żal. Jeden z nich jest tak groźny, że gospodyni podaje mu jedzenie podsuwając michę szczotką. Szybko zapadł zmrok ale młodzież gada bez końca. My też przyjemnie gawędzimy z gospodarzami do późnej nocy.


Dzień drugi: 1 lipca 2000, sobota - z Radachowa rowerami do Mironic.
U rodziny Tomków w Radachowie wszyscy wstają z namiotów około piątej rano, bo młodzi całą noc grali z magnetofonu. Nic dziwnego, skoro w jednym namiocie zakwaterowały się dwie pary mieszane, prawie że zakochane. Ranek pochmurny i chłodny. Zbieramy się na drogę do Mironic. Andrzej gotuje wodę na kawę w elektrycznym czajniku korzystając ze swojego przedłużacza (od kosiarki). Ola organizuje zebranie na podwórku na okoliczność imienin Haliny i wszyscy śpiewają mi "Sto lat". Dostaję też urocze kwiaty z ogrodu. Obiecuję wieczorem zrobić imprezę, póki co ubieramy się ciepło, w długie spodnie, swetry i kurtki. Przed domem uprzejmych gospodarzy robimy grupowe zdjęcie i wyjeżdżamy na północ ok. 9.00. Na horyzoncie widać jakieś wzniesienia ale po Górach Kaczawskich nic nas nie przeraża. Jedziemy biednymi, bagnistymi terenami. Droga jest asfaltowa. Dookoła turzyce i inne trawska, sitowia, trzciny, zbliżamy się do Doliny Warty. Przecinamy sympatyczny kanał z żółtymi grążelami i zaś wpadamy do sosnowego lasku. Przez wiele kilometrów podmokłe łąki przeplatają się z pachnącymi żywicą lasami. Domostwa spotykamy rzadko i sprawiają wrażenie biednych. Jedziemy przez Ownice, Lemierzyce, mijamy wieś Kłopotowo pełną bocianich gniazd. Podjeżdżamy na wał p/powodziowy i ukazuje nam się Warta. Prawie wpadamy na prom. Można jechać sympatyczną drogą na wale do mostu i ten wariant jest krótszy o kilka km. ale my chcemy przeprawić się promem, zwłaszcza, że nic nie kosztuje. Dziś jest niski stan wody. Ktoś robi zdjęcia i już zdobywamy przyczółek na prawym brzegu. Przecinamy rozwidlenie kanałów, z typowymi roślinami wodnymi i zaczynamy pokonywać zalesione wzniesienia. Ociepla się na dworze i my rozgrzewamy się wjeżdżając serpentyną. Konwalie �wychodzą" z lasu przez rów i zatrzymują się na krawędzi asfaltu. Zibi ze szwungiem podjeżdża na szczyt górki i cały paruje. Gdy zmienia spodnie na krótkie Tomek upomina go aby nie siadał na suchym listowiu, bo las dupą zapali. Około południa jesteśmy w Świerkocinie, gdzie zamierzamy obejrzeć Safari. Pogoda zrobiła się prawdziwie letnia i słoneczna. Przy Safari parkuje dużo autokarów głównie z Niemiec. Obejrzeliśmy jedynie parę lwów i urocze stado kóz. Zżarły mi bukiet kwiatów imieninowych. Dorwały się do worka foliowego Ani a Januszowi próbowały pożreć sakwojaże. Bilet kosztuje dziesięć zł od osoby więc pojechaliśmy weg ! Jedziemy przez Nowiny wielkie, Dzieduszyce, Lubno na Santocko. Tu zakupy chleba i telepiemy się kocimi łbami do Karpiowego Azylu w Mironicach gdzie lądujemy ok.18.00 - 65 km. Przy tej trzęsidupie mnóstwo dojrzałych malin. Gospodarz rybakówki kosi trawnik pod namioty. Tomek szybko dogaduje się, że jeśli sami wykosimy będzie rabat. Maciek całe życie marzył żeby popracować kosiarką elektryczną, ja dobrze znam tę pracę więc pomagam koledze przy zwijaniu kabla. Obok stawy rybne. W jednym karpie, w drugim wielkie pstrągi w trzecim pstrągi porcjowe. Gospodarz wędką wyciąga ryby na kukurydzę z puszki. Ponoć trzysta kg pstrąga pływa w tym zbiorniku. Rybę na wagę i na patelnię. Sama wyłowiłam ryby (pierwszy raz mając wędkę w ręce) i je sprawiłam na brzegu. Smażone były znakomite. Około północy cały obóz śpi snem sprawiedliwego.


Dzień trzeci: 2 lipca 2000, niedziela - z Mironic rowerami do Osieku k/Dobiegniewa.
W Mironicach całą noc padał deszcz. Nad ranem ustaje, więc robimy śniadanie. Jest duże zachmurzenie ale w miarę ciepło. Heniu wytycza trasę na Dobiegniew. Niby niedaleko ale rynnowe jeziora trzeba całe objeżdżać. Ania i Danusia szykują mi śniadanie korzystając z ogrodowego stołu, którym zawładnęłam w celu zapisania dzienniczka. Małolaty zbierają punkty na TOK więc pilnie śledzą przejechane odcinki trasy. Każdy dzień jazdy to piętnaście punktów. Około 10.00 jedziemy - najpierw pokonujemy wczorajszy odcinek dupotłuczki tj. kilka km przez las (pośród malinowego chruśniaka) i wypadamy na asfaltową drogę. Dojeżdżamy do dużej wsi Kłodawa gdy zaczyna padać deszczyk. Zarzucamy kolorowe peleryny i jedziemy w kierunku Łośna. Jesteśmy w Barlinecko - Gorzowskim Parku Krajobrazowym. Przy drodze soczysta zieleń modrzewi. Jest niedziela więc prawie nie ma samochodów. Las pachnie a droga jest gładziutka więc suniemy ze szwungiem. "Jestem Zibi, jestem Zibi, jestem twój mąż". Zibi z przyczepką lubi wyprzedzać pod górkę. Ania chciała wyprzedzić wszystkich więc woła żeby torować sobie drogę. "Jestem Zibi, jestem Zibi...." Kiedy wyprzedza Olę - krzyczy "Jestem twój mąż" Okrzyk zamienia się w anegdotę. Gdy dojeżdżamy do wsi świeci słońce. Mieszkańcy rozgrywają mecz siatkówki. Heniu rozkłada mapy między kuflami wiejskich kibiców i wypytuje o drogi. Nie chodzi o lokalizację lecz o jakość nawierzchni. Odnoszę wrażenie, że Heniu tydzień temu zrobił rekonesans trasy On za najlepsze źródło informacji uważa tubylców zwłaszcza jeżdżących rowerami. Wypytuje każdego napotkanego na drodze. Do rozmowy nad mapami włącza się leśniczy nazwiskiem Drużyński i poleca nam leśnictwo swojego kolegi nazwiskiem Giżycki gdzieś koło Dobiegniewa. Przy wiejskim sklepie-barze podziwiamy ogród z okazem trąbki anielskiej i kolorowymi surfiniami. Kierujemy się do leśnictwa w Głusku, czyli do kumpla Pana Drużyńskiego. Trochę daleko, ale spróbujemy. Jest coraz cieplej. Świetnymi drogami (asfalty, ruch prawie zerowy), lasami i między jeziorami jedziemy przez Lubocierz, Lipy, Danków, Buszów, Bobrówko, Tuczno, Gilów. Stąd zamiast na Górzno pojechaliśmy na Ogardy. Wpadka. Okazuje się, że aby nie jechać z powrotem, musimy zdecydować się na fatalną (piasek, kamyczki, kamienie, głazy) drogę przez Ogardzki Młyn do Kolska. Po drodze mieliśmy odpoczynek w Bobrówku. Jest piętnasta godzina, robimy obiad w zamkniętym barze, korzystając ze stołów udajemy że bar jest czynny, aż jakiś podchmielony tubylec zamówił dwa kuflowe. Po odpoczynku kierujemy się dalej do mitycznego leśnictwa. Gdzieś w lesie tablica informacyjna z tarczą zegara. Przy godzinach namalowane ptaki, które śpiewają w danej porze. Jakiś wielki kogut (prawdziwy) z furgotem przelatuje nad głowami. Około osiemnastej zbliżamy się do Osieku.. Widać jakieś jezioro więc Ola chce tu stawiać namiot. Ja nie chcę, bo jest duże stężenie komarów w powietrzu. Danusia gubi śrubę od korby. Dobrze, że Andrzej ma zapasową. Za wsią wymiękamy aby jechać do tego leśnictwa nad Drawą. Po prawej stronie dość daleko w dole przesłonięte lasem, rozciąga się jezioro a przy drodze port w budowie. W prowizorycznym basenie portowym kiwa się jacht. Jedno totalne, czarne błoto. Tu biwak - śmieje się Ania. Opodal bieli się namiot turecki i kilka osób zaprasza, przywołuje, Dochodzi 19.00 jesteśmy zmęczeni, na liczniku 66 km. Heniu melduje, że chciałby tu zatrzymać się na nocleg. Jego prośbę przyjmujemy z aprobatą. Zjeżdżamy polną drogą i ukazuje się piękny biwak nad pięknym jeziorem Osiek. Na jeziorze nowiutkie molo. Duża polana otoczona starymi olszynami. W "kącie" stoi kilka namiotów wędkarzy. Rozbijamy obóz w tabor. Komarów nie ma, miło siedzieć na pniakach i nie trzeba wieczorem wracać do domu. Kąpiemy się w ciepłej wodzie w jeziorze a w nocy otrzymuję w prezencie rajstopy bezmajtkowe.


Dzień czwarty: 3 lipca 2000, poniedziałek - z Osieka rowerami do Drawna
Nad jeziorem Osiek obudziło nas słońce. Przy namiotach pniaki z jesionu i olszyny. Rano 15° C. Wkładamy szorty i przewiewne koszulki. Ania wyciąga dwa kleszcze: Justynie i Oli. Wieczorem mamy oglądać się wzajemnie. Jedziemy przez Dobiegniew, Słowin, Radęcin do Radachowa. Przekraczamy granicę Drawieńskiego Parku Narodowego. Park naprawdę wspaniały: lasy i lasy, z prawej strony Dolina Drawy ale za to droga fatalna: jedziemy brukówką przez wiele km, jest piaszczyste pobocze. Koła w nim grzęzną powodując wywrotki. Tłuczemy się na miejscowość Zatom. Od wstrząsów urywa mi się jeden metalowy pręt koszyka bagażowego. Łukasz rzuca hasło: "Bruk - twój wróg". Justynę użądlił jakiś owad w czoło. Okolica oka szybko puchnie. Doświadczona siostra PCK czyli Ania udziela pierwszej pomocy. Daje plasterek cytryny, Danusia podpaskę jako kompres, Janusz rozpuszcza wapno w bidonie i koleżanka staje na nogi. Przy drodze pachną lipy, aż brzęczą od pszczół. Jest upalny dzień lipcowy. Około czternastej, co za frajda, wjeżdżamy na drogę asfaltową. W przydrożnym barze w Zatomie jemy obiad. Ruskie pierogi cieszą się dużym wzięciem. Heniu rozkłada atlas na stole pod parasolem - tak zapychamy, że mapa się skończyła - mówi. Po odpoczynku miło jedzie się wygodną drogą po lekko pofałdowanym terenie. Przy drodze słynne barszcze Sosnowskiego a dalej jak okiem sięgnąć zboża na pniu. Ruch na drodze niewielki, przecinamy rzekę Drawę i około 18.00 lądujemy w stanicy PTTK w Drawnie. Na liczniku przejechane 45 km. Dostajemy pole namiotowe dla zmotoryzowanych. Przestrzeń jest podzielona żywopłotami i wygląda jak boksy dla koni. Latamy po miasteczku od poczty przez banki i sklepy. Oglądamy jeziora na kajakowym szlaku Drawy. Na brzegu są pola namiotowe dla wodniaków o wiele sympatyczniejsze. Woda w jeziorze jest tak zimna, że musimy wykąpać się pod gorącymi natryskami. Ale kilku śmiałków kąpało się w jeziorze. Dowcip z biwaku:
Przez pustynię jedzie na wielbłądzie Arab, z boku biegnie Arabka, spotykają innego Araba.
- Salem alejkum Hassan Salem. Dokąd jedziesz?
- Odwożę żonę do szpitala.


Dzień piąty: 4 lipca 2000, wtorek - z Drawna rowerami do Pławna k/Czaplinka.
W nocy w tych krzaczastych boksach w Drawnie padał deszcz toteż miło spało się w namiocie. Rano wypogodziło się, bez pośpiechu spilśniamy (patent Ani) swoje rzeczy. Gdy o 10.00 jesteśmy gotowi do drogi zaczyna lać regularny deszcz. Dobrą asfaltową drogą pod pelerynami zapychamy na Kalisz Pomorski. W powiewnej pelerynie wyglądam jak Batman . Po godzinie jesteśmy w miasteczku. Deszcz ustaje nagle. Po krótkim odpoczynku huśtamy się na wzgórzach morenowych. Droga prosta jak strzała, z górki - rozpęd i pod górkę. We wsiach ogłoszenia o skupie runa leśnego. Przy drodze las pachnący po deszczu to znów dojrzałe zboża. Prze Starą Studnicę dojeżdżamy do Żabinka. Tu wypada nam przerwa na obiad. Ania w sklepie - czytaj - w wozie Drzymały kupuje arbuza i rynienkę ciasta drożdżowego z jagodami. Nim zjadłam pół drożdżówki z kruszonką, Ania wsunęła arbuza. Z Danusią dziwimy się gdzie jej się to zmieściło? Andrzej jak zwykle preferuje nabiał a Maciek boczek wędzony ze śmietaną osiemnastoprocentową, bo odchudza się. Na deser piwo "Rowerowe piją bezalkoholowe" â . Ruszamy w kierunku Czaplinka. W Wierzchowie przejeżdżamy obok więzienia, przecinamy tory kolejowe i po 6 km jesteśmy w Sośnicy. Kupujemy kiełbaski na grila i wino Sofię. Obok sklepu na poboczu lokalnej wertepianki w cieniu akacji leży podchmielony tubylec i powtarza " Koń bez owsa nie pojedzie a rower bez chmielu", nagle wstaje, zarzuca rower na ramię i zasuwa przez wieś. Jedziemy gdzie nas oczy poniosą. Droga nr 177 ale samochodów prawie wcale, wokół Bory Krajeńskie. W Czaplinku na pewno są kempingi i jest już blisko ale po obu stronach drogi widzimy jeziora. Spodobało nam się to po lewej stronie zwłaszcza (Krzemno), że pod lasem widać parę namiotów. Zakręcamy w piaszczystą drogę i spadamy prosto do tych namiotów. Ktoś tam mówi, że to prywatne pole namiotowe ale niżej jest miejski biwak. Zjeżdżamy jeszcze kawałeczek i zaś po obu stronach ścieżki ukazują się dwa jeziora. Na polance stoi kilka kolorowych wielkich namiotów i kilka samochodów osobowych. Turyści udzielają wyczerpujących informacji. Miejsce podoba się wszystkim. Koledzy obskakują jeszcze rowerami sąsiednie brzegi. Jednak postanawiamy przenocować tutaj nad lewym jeziorem. Godzina jest 17.30, przeszpulowaliśmy 60 km. Podczas stawiania namiotu rozumiemy się jak stare dobre małżeństwo. Jedna zbiera szyszki spod sypialni, druga podwiesza tropik, trzecia ustawia sypialnię z widokiem na jezioro. Wkładamy stroje kąpielowe i pływamy w jeziorze. Brzeg piaszczysty ,dno piaszczyste, woda ciepła i nie trzeba płacić za pływalnię. Małolaty rozpalają ognisko nad brzegiem, pachnie dym. Nagły deszcz wygania nas do suchego namiotu. Mamy chęć na gorące kiełbaski ale nikomu nie chce się stać przy ogniu w płaszczu p/deszczowym z patykami w ręce. Maciek proponuje położyć kiełbaski na jakimś ruszcie, Ania melduje, że ma folię alu, Danusia kroi cebulę, paprykę i pomidory, ja posypuję przyprawą do kurczaka, zawijamy to wszystko szczelnie i do żaru. Gdy gotowe grajcarkiem wyciągam korek z butelki Sofii i co nam bida zrobi ? Śpimy nogami do jeziora. Teren pochyły, w nocy ześlizgujemy się w dół namiotu, w kierunku jeziora, ale nogi suche.


Dzień szósty: 5 lipca 2000, środa - z Pławna rowerami do Bornego Sulinowa.
Budzi nas ptasi koncert pośród drzew. Niebo kapryśne, nie wiadomo jak się ubrać. Najpierw pada kilka kropel deszczu, później jest tak gorąco, że wkładam bawełniankę. Robotnicy piłami łańcuchowymi szatkują leżące tu pnie na drobne szczapy. Rzut oka na piękne jezioro oraz spadzisty biwak i ok. 10.00 piechotą podchodzimy stromą ścieżka do drogi jezdnej. W kolumnie jedzie się z rękami na hamulcach. Trzeba widzieć poprzednika, w lusterku kontrolować czy jakiś rajdowiec nie dorwał się do szybkiego samochodu no i warto oglądać widoki. "To piękny kraj". W ogrodzie podziwiamy ogromny krzew hortensji. Ma wielkie puchate białe kule. Heniu zaprogramował trasę: do obiadu na Borne Sulinowo a dalej to się zobaczy. Słońce przypieka podejrzanie. Andrzej "czerwona latarnia" co chwilę melduje "samochód z tyłu". Często rozmawia z prowadzącym Heniem przez radiotelefon. Jesteśmy w Czaplinku, pięknie położonym miasteczku między dwoma jeziorami: Drawsko od zachodu i Czaplino od wschodu, na skraju Drawskiego Parku Krajobrazowego. Obok rynku handlowego spotykamy dwoje Holendrów z objuczonymi rowerami i przyczepką rowerową podobną do wózka ogrodniczego. W przyczepce siedzi pies. Heniek próbuje się z nimi dogadać (z Holendrami, nie z psem) i dowiadujemy się, że jadą od Berlina, dokąd nie wiem, bo robię zdjęcie. Kupujemy owoce i warzywa. Cieszymy się upalną pogodą. Zamawiamy lody, hot-dogi, kawę. Co który zje frytki, drugi je zamawia. W końcu najedzeni ruszamy drogą 174 na Borne. Najpierw po lewej stronie widzimy cmentarz żołnierzy Wojska Polskiego poległych w walce o wyzwolenie miasta, dalej wielkie pole truskawek. Jedziemy drogą szybkiego ruchu. W Łubowie skręcamy w prawo w drogę "lotniskową" czyli ułożoną z płyt betonowych. Tu ruch jest znikomy. Dookoła dorodny las sosnowy. Z tyłu przygrzewa słońce przed nami czarne chmury. Przecinamy rzekę Piławę. Droga - to ładna huśtawa; z góry przerzutki cyk, cyk i z rozpędu pod górkę , przerzutki chrobot, chrobot. Około 14.00 dojeżdżamy do leśnego miasta i zaczyna lać deszcz. Przejechaliśmy 32 km. Zatrzymujemy się w barze, w centrum handlowym. Deszcz zamienia się w burzę, potem drugą. Decyzję co do dalszej drogi podejmujemy siedząc w knajpce nad gorącą zupą węgierską. Zatrzymujemy się tu aby zwiedzić miasto. Ktoś z mieszkańców samochodem obwozi Olę rekomendując biwaki, pola namiotowe i kempingi. Po chwili Ola prowadzi nas na kemping nad jeziorem Pile, spieszymy się bo zaczyna mocno lać deszcz. Na wielkim placu, wysoko nad jeziorem w panice stawiamy tropik pod samotną sosną. Pod tropik wrzucamy bedroom i ... nie chce nam się go podwiesić. Pozostali koledzy już gotują wodę w czajniku elektrycznym a my larwimy się (jak larwy). Leje (po bombach) całe popołudnie. Wieczorem gotuję kiełbaski (serowe) korzystając z butli gazowej i menażki . O zmierzchu przestaje banglać deszcz więc budujemy porządny dom na noc i wszyscy schodzimy spacerować na pomostach. Rowery przypięte do drzewa i wszystkie razem podłączone do Andrzejowego alarmu.
Cytat z damskiego WC: "Po co światło w sraczu, skoro i tak gówno widać"


Dzień siódmy: 6 lipca 2000, czwartek - z Bornego Sulinowa rowerami i pociągiem do Swornychgaci.
Heniu ze sklepu w Bornem przywiózł na rowerze jaja (żadnego nie potłukł), będą na twardo z musztardą. Mokre rzeczy należy spilśnić â i zmieścić w module. Ruszamy dopiero ok. 11.00 w pochmurny lecz ciepły dzień. Jedziemy ruchliwą drogą, w ogrodach kwitną malwy a dookoła lasy sosnowe. Zatrzymujemy się we wsi Jeleń w zajeździe rybnym o nazwie "Sielawka". Jedna smażona sielawa waży sześć dkg. Warto było tu zawitać. Z jednej strony kurnik, z drugiej za drogą jakieś jezioro (Sarcze). Smażone sielawy są znakomite. Jedziemy do Szczecinka, po drodze wypogadza się i około 13.00 jesteśmy przy stacji PKP. Przekręciliśmy 24 km. Ponieważ mamy opóźnienie w stosunku do planu podróży, postanawiamy podciągnąć się przy użyciu PKP.
Tomek kupuje bilety do Chojnic dla nas i dla rowerów oraz przyczepek i daje nam czas wolny do 16.00. Przejechałam się po mieście i kupiłam kilka sielaw wędzonych na drogę. Gdy podstawiają pociąg kobitki same zarzucają rowery do platformy. Ania przypina sprzęt do poręczy ekspanderem i możemy telepać się podziwiając panoramę Człuchowa, widać wieże kościelne i jezioro. Ok. 17.00 wysiadamy w Chojnicach. Jest piękna słoneczna pogoda. Chcemy jechać, wyrywamy się jak psy haski przed wyścigiem a Heniu zatrzymuje się jeszcze nad jeziorem w Charzykowych obok wesołego miasteczka. Są knajpki i sklepy. Z nudów raczymy się lodami ( z promocją - za porcję lodów bilet na karuzelę gratis). Koledzy zamawiają frytki z poślizgiem. (Znaczy, że gdy jeden kończy konsumpcję, drugi zamawia następną porcję). Robi się późno więc jedziemy na Swornegacie. Mijamy kawiarnię urządzoną w samolocie otoczoną ogródkami piwnymi i kolorowymi parasolami. Droga przeurocza, (nic dziwnego, wszak to Zaborski Park Krajobrazowy), morenowe pagórki, las sosnowy a w nim coraz więcej jałowców. Po lewej przez wiele kilometrów połyskuje w słońcu jezioro Charzykowskie. Mijamy Małe Swornegacie. Janusz szacuje: Swornegacie rozmiar S i jedziemy do Swornychgaci rozmiar XL. Po drodze mijamy jakiś zrujnowany młyn wodny na Brdzie (Chociński Młyn ?) W dużej turystycznej wsi Swornegacie, tuż przed mostem zawijamy w lewo i odcinek piaszczystej drogi zdaje się nie mieć końca. Grzęźniemy w piachu ok. dwóch km aby dobrnąć do Ośrodka Wczasowego Huty Miedzi Legnica nad jeziorem Witoczno. Tu kolorowo od namiotów. Jest 20,20, dziś przejechaliśmy rowerami 60 km. Ponieważ pole namiotowe nad wodą jest zajęte, rowery wnosimy 200 metrów pod górę po upiornych piaskowych schodach. Trud zostaje wynagrodzony, bo otwiera się cudowny widok na jezioro. Stawiamy namioty, powoli zapada zmierzch. Rozciągamy sznury bieliźniane od drzewa do drzewa aby suszyć całość wyposażenia. Obóz wygląda jak tabor cygański.


Dzień ósmy: 7 lipca 2000, piątek - biwakujemy w Swornychgaciach.
- Jestem donosicielem wrzątku! - Kto chce wrzątku? - obudził nas Heniu! Ola doniosła, że wieczorem będzie świeżo podwędzony (ciekawe komu podwędzony?) pstrąg. Wyprowadzamy rowery spod tropików i przypinamy je do drzew. Wybieram się pieszo do wsi po chleb. W drodze spotykam Tomka, Jolę i jeszcze parę osób, którzy ganią mnie za spacer bez roweru. Oglądam zakola Brdy, mostki, urocze pola namiotowe i stanice wodne z wiatami, rożnami itp. W piaszczystych ogródkach podziwiam kolorowe floksy i malwy. We wsi fotografuję kościółek nad Brdą.. Bez pośpiechu robię drobne zakupy. Gdy wdrapuję się na pięterko naszego biwaku wszyscy kimają obok namiotów. W lesie kuka kukułka. Nagle ok. 17.00 słyszę hasło:
- Jedziemy popływać
- Jak to jedziemy? Nie można pływać tu na dole? - Można - tłumaczy mi Janusz - ale przez jezioro Witoczno przepływa Brda i woda jest zimna. Niedaleko w lesie jest jezioro Gardliczno, nieprzepływowe, gdzie woda jest cieplutka.
Piorunem bierzemy stroje kąpielowe i ręczniki. Na biwaku zostaje tylko Justyna. Rowery bez sakwojaży znosimy po stromym zboczu. Najpierw przecinamy Brdę, potem brniemy piachem ok. 3 km. W lesie droga nieco lepsza. Chłopaki kontrolują mapę turystyczną.
- Jeszcze tylko trzy wywrotki, dwa potłuczone lusterka i jesteśmy nad jeziorem - śmieje się Tomek.
Chwila asfaltem, dalej grys, mijamy jakieś jezioro (Nawionek?) i zasuwamy ścieżką nad jeziorem po gałęziach, po szyszkach, już nawet ścieżki nie ma. Po 10 km wertepów ok. 18.40 jesteśmy u celu. Otwiera się przed nami spore jezioro z przeźroczystą wodą, całe otoczone sosnowym lasem. Las oświetlony zachodzącym słońcem. Woda jest rzeczywiście cieplejsza niż w jeziorze Witoczno. Brzeg piaszczysty. Cały brzeg otoczony sosnowym lasem. Kora czerwienieje od zachodzącego słońca ale to widzą tylko ci, którzy odpływają nieco od brzegu. Całego pływania było piętnaście minut. Teraz trzeba wrócić. Janusz wyznacza azymut na zachód. Grzęźniemy w piachu lasem dalej pośród pól uprawnych. W mizernym zbożu panoszą się niebieskie ostróżki. Januszek - "Kwiatuszek" co chwilę spogląda na kompas, pamiętając, żebyśmy nie trafili na rzekę. Trafiamy na Zbrzycę jednak piaszczysta droga prowadzi prosto na most. Po chwili już Swornegacie. Jeśli pogonią mnie jeszcze na przebieżkę będzie triathlon. Z powrotem jedziemy krócej. W sumie "przeszyszkowaliśmy" 14 km. Hangar na brzegu jest otwarty więc bunkrujemy rowery. Na biwaku czeka paleta wędzonego pstrąga. Integrujemy się dookoła skrzynki i niczym jaskiniowcy obdzieramy skórę z ryb i w ciszy delektujemy się rarytasem. Ania otwiera paszczę drapieżnika sprawdzając uzębienie. (Odruch zawodowy?). Jest ciepły wieczór bez komarów. Dzwoni telefon komórkowy. Tomek włącza komórkę na głośno mówiącą. Zosia melduje, że w Legnicy leje deszcz.
- Tobie, Zosiu to dobrze - mówi Tomasz - My tu jemy ciepłego, wędzonego pstrąga, popijamy szampanem a ty spokojnie pracujesz.
Gdy zapada zmrok schodzimy z piętrowego biwaku do ogniska nad jeziorem. Od wody ciągnie chłodem więc grzejemy się "dawkami podprogowymi". Łukasz piecze ziemniaki w ognisku. Jemu to dobrze, bo ciepło.


Dzień dziewiąty: 8 lipca 2000, sobota - kajakowy spływ Zbrzycą.
O 9.30 zbiórka na przystani. Zaczynamy spływ rzeką Zbrzycą. Osiem nowoczesnych kajaków z wiosłami i kapokami panowie zarzucają na ażurową przyczepkę. Ludzie z podręcznymi bagażami typu kurtka p/deszcz i aparat fotograficzny jadą samochodami osobowymi do odległej o 15 km wsi Laska w górze rzeki. Cała rzeczka ma ponad 40 km ale początek najeżony jest przeszkodami, zastawkami, starymi młynami i licho wie czym więc organizatorzy oferują tylko ostatni fragment rzeki. Przy moście w słoneczny dzień lipcowy kajaki wodują i płyniemy bez pośpiechu. Zibi zasiada z Olą, Tomasz z Jolą, Danusia z Maćkiem. Ja z Anią. Z Danusią wymieniamy się aparatami fotograficznymi. Reszty nie widzę za sobą. Mirek z Ośrodka Wczasowego Huty Miedzi opowiada o genezie polodowcowych jezior, o erozji brzegów o roślinach (np. chrobotkach) oraz o ichtiologii. Rzeczka jest cudna cała zatulona w cień starego lasu. Kilka metrów szerokości, niezbyt głęboka, czysta woda. Taplamy się przez jeziorko Książe i jezioro Śluza (nie mylić z prawdziwą śluzą). Pilot Mirek zarządza przerwę na brzegu. Na brzegu pasą się krowy. Heniu też urządza popas korzystając z nieprzemakalnej damskiej torby, którą kupił na rynku za trzy złote. (Wygląda jak za dwa złote) (Protest: zapłaciłem całe 4 złote). Jest pojemna więc załapuję się na same dobre rzeczy. Potem na rzece Ola urządza popas pływający. U Joli jest z promocją. Mirek zwraca uwagę na ślady działalności bobrów a dalej pokazuje na brzegu pomnik przyrody. Jałowiec wielki jak cyprys. Przepływamy pod jakimiś mostkami najpierw drewnianym, potem betonowym. Spływ tak nam się podoba, że gdy Zbrzyca wpada do jeziora Witoczno płyniemy z Anią omijając nasz biwak. Pod prąd Brdą płyniemy do wsi Swornegacie (XL). Tu dużo trzcin. W wodzie moczarki kanadyjskie i tzw. włosy topielicy. Prąd leniwy. Brzegi ślicznie utrzymane. Pogoda doskonała, nie chce się wracać "do domu". W sklepie przy moście Ania robi zakupy. Przynosi mi kawał boczku wędzonego więc wychodzimy na wiosłach aby poznać jezioro Karsińskie. Jest spore, gdzieniegdzie śmigają żaglówki. Jest nawet jeden kecz. Kajaki płyną grupkami z prądem, może regularny spływ ? Pod trzcinami w pontonach ślęczą wędkarze. Słońce już nisko, wiatr się wzmaga. Pogoda żeglarska. Snujemy się teraz z prądem rzeki na biwak bez wiosłowania aby dłużej pobyć na wodzie. Po obu stronach Brdy nisko przystrzyżone trawniki, na nich urządzenia biwakowe, przystanie, wiaty. Ok. 18.00 koniec kajakowej wycieczki. Gdy zaczyna zmierzchać integrujemy się® przy namiocie Zarządu na plandece. Plandeka w czasie jady chroni przyczepki przed deszczem, na biwaku w czasie deszczyków jest rozciągana wysoko między drzewami. Dziś robi za stół na igliwiu. "Słowo się rzekło, kobyłka u płota - można kobyłkę w d... całować" - mówi Ania. Ja robię za barmana. Chyba źle, bo po ćmaku nie mogę trafić do namiotu. Wszystkie jednakowe. Dobrze, że u małolatów głośno gra magnetofon to unikam wtargnięcia. W końcu Andrzej z latarką pokazuje mi drogę. Po chwili, już kimając słyszę Anię, która tak samo jak ja wila się między sąsiednimi namiotami więc naprowadzam ją pocztą głosową prosto do spania.


Dzień dziesiąty: 9 lipca 2000, niedziela - biwakujemy dalej w Swornychgaciach.
Po śniadaniu osady namiotów żeglują. Obowiązuje jakaś niepisana kolejka. Kilka osób ma patenty żeglarskie. Janusz żeglował kiedyś po Bałtyku. Heniu jest mistrzem w surfingu.
Około południa gdy ustabilizowała się pogoda na żeglarską, Łukasz zaprasza kwiat biwaku czyli Danusię, Anię i mnie na Omegę. Taplamy się po jeziorze Witoczno. Robię za sternika ale Łukaszowi wychodzi to lepiej. Lewy foka szot luz, prawy foka szot wybierz! - Jest lewy foka szot luz... Awansujemy na szotmenów. Nagle lunęło. Cały obóz kima w namiotach. Po deszczu pachnie... kiełbaską z grila. Janusz robi szaszłyki na zapasowych szprychach. Nad jeziorem tęcza od brzegu do brzegu. Czas relaksu.


Dzień jedenasty: 10 lipca 2000, poniedziałek - ze Swornychgaci do Gościmia - pociągiem i rowerami
Rano w Swornychgaciach Heniu przekazuje dowodzenie reszcie Zarządu ze względu na niesubordynację. W planie Henia wczoraj powinniśmy jechać rowerami a nie larwić się na biwaku. Tomasz orzeka, że nic się nie stało. Jedziemy rowerami do Chojnic, dalej włóczymy się pociągami na południe w zależności od połączeń kolejowych i możliwości transportu rowerów. Wyjeżdżamy o 9.00. Na Chojnice trasa wiedzie przez las sosnowy z widokiem na jezioro. Jezdnię przechodzi dostojnie sarenka. Odjeżdżam nieco do przodu aby zrobić zdjęcie kolarzom w drodze. Po chwili gdy już zajmuję swoje zaszczytne trzecie miejsce w peletonie drogę przebiegają wiewiórki. O 1130 jesteśmy w Chojnicach. Ruch tu wielki. Wąskie ulice zatłoczone ruchem lokalnym i przelotowym. Wielkie TIR prują aż powietrze za nimi szarpie peleton. Samochody parkują na poboczu jezdni, inne przepychają się do skrzyżowań niemal tratując rowerzystów. Jest słoneczny dzień. Na liczniku 33 km. O dwunastej z minutami jest pociąg na Piłę. Siedzimy w trójkę na schodkach piętrowego wagonu. Dużo rowerów ustawiliśmy na platformie. Przy każdym szarpnięciu pociągu rowery przewalają się na boki. Nie ma do czego ich umocować. Około czternastej wysiadamy w Pile. Na peronie nie mogę ruszyć tylnym kołem. Obręcz wygięła się prawie w ósemkę. Tomek melduje, że pociąg do Krzyża będzie ok. szesnastej. Cała grupa przeprowadza się na odpowiedni peron. Kilka osób zostaje na straży, reszta idzie zwiedzać Piłę. Ja dyrdam z rowerem do warsztatu. Dobrze, że znajduję go blisko dworca a mechanik rozumie mój pośpiech. Rzuca swoją robotę, zakłada moje koło na centrownicę i naciąga szprychy aż do bólu. Patrzę na zegar - nie jest źle. Na dworzec jadę rowerem. Tym razem w platformie jest rura, do której Ania przypina rowery ekspanderem. Koleżanki przyniosły z miasta szarlotkę i pasztet w puszkach więc miło włóczyć się pociągiem po Polsce. Za oknami słońce, po chwili pada deszczyk. Łukasz drzemie na sąsiedniej ławce. Ok. 17.00 wysiadamy w Krzyżu i kierujemy się na Drezdenko. Wypogodziło się, słońce świeci aż doskwiera. Jadąc po awarii roweru dupa mi telepie na siodełku. Przy drodze rozległe tereny, łąki kolorowe jak to w lipcu. Krowy patrzą na kolarzy. W dali kominy Drezdenka. Nagle ciemno robi się jak na zaćmienie, huknęło, błysnęło, leje pięć minut. Parę osób chroni się pod wiaduktem kolejowym, reszta pod drzewami. Po chwili słońce aż oślepia, odbija się od mokrego asfaltu a na horyzoncie pojawia się tęcza wielka jak niebo. W ślicznym Drezdenku w słonecznej pogodzie lądujemy ok. dziewiętnastej. Tubylec informuje, że pola namiotowe są w przeciwnym kierunku ale czasem można postawić namioty na boisku sportowym. Znajdujemy je obok cmentarza. Na trawie stadiony wielkie kałuże.

- Od wilgoci błona mi rośnie między palcami - melduje Janusz - a Ania złoży skrzek.

Na stadionie młodzi ludzie z Parafialnego Kółka Cyklistów udzielają wyczerpujących informacji o biwaku w Gościmiu za Trzebiczem, w Puszczy Noteckiej. W sklepie robimy zakupy spożywcze i około dwudziestej jedziemy na południe. Biwak w Gościmiu nad jez. Solecko jest trudny do odnalezienia, bo jest ich tu kilka. "Mózgotrzepy" kierują nas od baru do restauracji, w końcu ok. 21.00 gdy jeszcze widno lądujemy na pięknym biwaku nad wielkim jeziorem. Przejechałam 72 km i dwie dżdżownice. Jesteśmy zmęczeni ale gorąca kąpiel pod natryskiem stawia na nogi. Zza drzew rozlega się huk i na niebie świecą kolorowe race. Huk powtarza się wielokrotnie i wraca echem. Niebo połyskuje kolorami jakby był Sylwester. Długo siedzimy obok namiotów. Przy ognisku produkuje się jakiś młody powtarzając w kółko "Wszyscy mamy źle w głowach, że żyjemy".


Dzień dwunasty: 11 lipca 2000, wtorek - rowerami z Gościmia do Pszczewa.
Spałam na górce i ciągle zjeżdżałam na Anię, więc gramolę się wcześniej z namiotu żeby nie było na mnie. Piszę parę zdań do kroniki. Nad jeziorem ranek jest pochmurny, pada mały deszczyk. W drzewach kuka kukułka. Ola też wcześnie wstaje. Źle się czuje więc Danusia i Ania aplikują jej tabletkę (z tych, co to daje się jedną czwartą). W Gościmiu EkoRama funduje śniadanie w postaci jajecznicy i Ola zapomina o chorobie. Wyjeżdżamy ok. 1140 na Międzychód. Przed miastem pokonujemy dwa km piachu i już odpoczywamy przy ruchliwej ulicy w barze pod parasolami. Obok sklep Biedronki i sklep ogrodniczy. Jest czternasta, raczymy się obiadem, lodami, kiełbaskami. Justyna chwali się konserwą mięsną dla kota. Zatęskniła się za swoim Czupurkiem. Jedziemy przez Puszczę Notecką, jest chłodno. Przecinamy Wartę i ok. 1830 jesteśmy w Pszczewie. Kręcimy się po promenadzie śmiejąc się z tekturowych domków kempingowych. Ania spotyka Karolinę z Wrocławia (prawie rodzinę), która kwateruje z koleżankami w tych obskurnych kempingach. Panienki pachnące i wypoczęte, my po 48 km nie jesteśmy takie pachnące. Znajdujemy dla siebie nieco przestrzeni życiowej. Mężczyźni rozbijają namioty pod zabytkową wierzbą. Stawiamy namiot prawie na plaży. Idziemy do smażalni przy promenadzie nad j. Szarcz. Sandacz, halibut i okoń morski serwowany jest bez "poniewierki" ale jak przyprawiony !? Pyszności. Wieczorem - nauczona doświadczeniem z biwaku w Swornych - stawiam na belkach obok naszego namiotu płonący kaganek. Żeglarze wiedzą, że droga do portu rozjaśni się gdy się ściemni. Danusia i Ania fruwają na dyskotekę obok wiaduktu, niby to w poszukiwaniu Karoliny, bo same małolaty bawią się przy kempingu.


Dzień trzynasty: 12 lipca 2000, środa - rowerami z Pszczewa do Łagowa.
Zaspałyśmy nieco (po dyskotekach) w Pszczewie więc w galopie zwijamy sprzęt, aby panowie nie śmiali się z nas. Punkt 10.00 zdajemy namiot do przyczepki Zibiego i mózg mi telepie po wczorajszych napitkach. Na dworze jest chłodno (12° C). Heniu (Kampus-Blaszka) proponuje zajechać do miejscowości Nietoperek oglądać nietoperze. Największe skupisko w Europie. W dzień śpią więc nawalamy się aby je policzyć. Jednak gdy widzimy, że kilka km trzeba jechać po bolesnym bruku rezygnujemy z nietoperków i jedziemy prosto do Łagowa. Przecinamy uroczą rzekę Obrę. Okolica zadbana, dużo domów letniskowych otoczonych ogrodami z hamakami i klematisami. Jest zimno, pochmurno i co chwilę pokropuje deszczyk. Międzyrzecz to ładne miasto, kręcimy po nim chwilę rozciągając peleton na światłach. Piętnaście rowerów nie zawsze zdąży jednocześnie przeskoczyć na krzyżówce. Jedziemy pod wiatr. W Łagowie jesteśmy wcześnie, bo ok. 16.00 .Długo wybieramy biwak, gdyż jest ich dużo. Żaden nie leży na brzegu. Właściciele zachwalają walory każdego z nich. Dowództwo decyduje, że wynajmie domki kempingowe aby jutro rano działać strategicznie. Nie zwijać mokrych namiotów lecz pędzić na pociąg. Dostajemy dwa duże domki z tektury na piętnaście osób na placyku, otoczonym innymi ośrodkami. Środek zajmuje boisko do siatkówki. Pod górką restauracja z tarasem. (taras odegra swoją rolę ale o tym wieczorem) Zakwaterowaliśmy się w składzie: Henek Blaszka-Kampus z Łukaszem, Andrzej z Mateuszem oraz Ania, Danusia i ja. Rowerami (bez bagaży) jedziemy wszyscy razem do ślicznego miasteczka Łagowa aby dać się pokazać. Łagów, miasteczko filmowców, (Lubuskie Lato Filmowe) i artystów. Raj dla żeglarzy, wędkarzy, kajakarzy. Kupujemy wino Egri Bikavér oraz kiełbaskę na grila. Kupujemy wędzone udka i bez ceregieli zajadamy je na tarasie poważnej restauracji pod zamkiem z widokiem na jezioro. Wracamy całą grupą. Na liczniku 64 km. Rowery spinamy wszystkie razem przed domkami. Andrzej zabezpiecza je swoim alarmem. W kempingu jest jak w Cygańskiej rodzinie. Skarpetki i kiełbasa na stole. Danusia z Łukaszem, Kasią i Justyną grają w siatkę nawet deszczyk im nie przeszkadza. Dorwałam się do stołu, rozkładam mapę i zmyślam. Ania szykuje grzańca na gwoździu - "pożyczyła" przyprawy. Henek melduje, że profanacją jest gotowanie takiego wina. My i tak je "zniszczymy". Gdy wytrąbiłyśmy po dwa kubki grzanego wina idziemy do drugiej części domku gdzie Ola, Tomek, Zibi, Janusz i Jola jedzą kolację.

- Skoro one do nas przyszły znaczy, że wszystko już wypiły.

Zielona noc.
Ania robi z cynfolii koronę dla Janusza, sobie zaplata kucyki a’la Pipi. Kredką do powiek maluje sobie czarną dziurę na przedniej jedynce a mi montuje z cynfolii całą szczękę. Seplenię więc nie odzywam się. Idziemy na taras. Balety przy CD trwają do późnej nocy. Młodzi Niemcy nasączają się drinkami i wcale nie chcą bawić się. Pierwsze miejsce zajmuje para Zibi i Justyna, bo tańczą jak para kotów.


Dzień czternasty: 13 lipca 2000, czwartek - rowerami z Łagowa do Bytnicy, a stąd pociągiem do Legnicy.
Z Łagowa gdzie tańczyliśmy na tarasie musimy wcześnie wyjechać, bo w środku dnia jest pociąg do Legnicy, jedyny na dobę. Rowerami trzeba przejechać ok. 40 - 50 km. Wstajemy o siódmej z ciepłych i suchych pieleszy. O 8.30 jedziemy na południe, na linię kolejową Rzepin - Legnica. Dowództwo celowo zarządziło wczesny wyjazd aby w razie nieprzewidzianej awarii nie spóźnić się na pociąg. Pogoda "przeonaczyła" się na słoneczną ale zimną. Około godziny dziesiątej jest 14° C, wieje silny boczny wiatr. Opuszczamy urokliwe zaułki Łagowa. Rzut oka na jezioro i port jachtowy. Wjeżdżamy w przestrzeń gdzie w zasięgu wzroku nie ma ani jednego domu tylko łąki niebieskie od chabrów. W Toporowie paskudny objazd. Trwają dwie budowy. Kolejarze powiększają torowiska, budują perony i bocznice. Ciężkie wywrotki rozbijają prowizoryczny objazd. Obok budowana jest nowa droga. Wpadamy na te manowce, Tłuczemy się zgodnie z drogowskazem po koleinach i wertepach. Nagle Ania melduje, że nie może jechać, bo złapała gumę. Klucz oczkowy - koło raz, Andrzej zrzuca oponę, szuka przyczyny dziury. Ania szuka zapasowej dętki na dnie sakwy. Parę minut i po kontuzji. Wygrzebujemy się z budowy i "widzę asfalt, widzę asfalt..." Jedziemy przez wieś Niedźwiedź, tu zaś bruk bolesny. Na rozstajach dróg na wieś Gryżynę przy sklepie jak zwykle można posiedzieć na ławce z oparciem. Można wypić Red Bulla (Reda Butlera nie można). Drogą prostą jak byk ... jedziemy do Bytnicy. Od Bytnicy często jadą wielkie gruzówki. Droga jest wąska więc o wypadek nie trudno, Danusiu uważaj! Na stacji jesteśmy w komplecie, cali i zdrowi ok. 13.00 po 51 km. Do pociągu jest nieco czasu więc wyjadamy ostatnie zapasy. Panowie leżą na karimatach na peronie. Wiatr próbuje unieść ich niczym na latających dywanach. Pociąg o 1450 jest wygodny, ma duże platformy. Jedną zajmuje młoda grupka z plecakami tak samo sfatygowana i niedoprana jak my. Bawią się jak Ania wczoraj. Malowane czarne dziury na zębach, malowane piegi. W Legnicy jesteśmy ok. 18.00. Przyczepki nie lubią schodów toteż na peronie korzystamy z windy.

A jutro pojedziemy do Goerlitz odebrać rowerzystów z Wuppertal.


Wnioski:
- ogólnie założenia rajdu sprawdziły się - w przyszłości, planując podobną imprezę trzeba ustawiać ją dokładnie pod konkretnych uczestników. Inaczej mówiąc: najpierw trzeba znać skład ekipy a potem ustalać szczegółowy regulamin i reguły gry. - sprzęt podstawowy: przyczepki i namioty - bez zastrzeżeń - planując rajd na zasadzie włóczęgi, nie należy określać miejsca docelowego, gdyż w razie powstania opóźnień, pojawić się mogą niepotrzebne komplikacje - rowerowych awarii było niewiele; w zasadzie tylko szprychy wymieniane były w kilku kołach. Jednak podwójne, stożkowe felgi zdają lepiej egzamin przy większych obciążeniach - korzystaliśmy przeważnie z map w skali 1:100000 wydanych przez Zarząd Topograficzny Sztabu Generalnego. Niezłe, ale ich aktualność umiarkowana. Zdarzały się sytuacje, że droga dobra na mapie okazywała się drogą kiepską; bywało też odwrotnie: sporo jest nowych, dobrej jakości dróg gminnych nie uwzględnionych jeszcze na mapach. Z powyższych przyczyn przebyta droga musiała być nieraz dłuższa od zaplanowanej. Informacje na mapach o kempingach i polach biwakowych dość dokładne, aczkolwiek i tu zdarzały się niespodzianki (na plus i na minus) - najwięcej w rejonie Drezdenka.