16-18.06.2000 - Mini-Włóczęga po ziemi wołowskiej

 

Dzień pierwszy - 16.06.2000
Na szesnastego o szesnastej na Legnickich Piekarach EkoRama zaplanowała spotkanie na dwunocną (czyli dwu i ćwierć-dniową) imprezę rowerową w celu przetestowania sprzętu biwakowego i siebie wzajem.

Cztery teamy czteroosobowe zbierały się przez pół godziny w pogodne lecz chłodne (13° C) piątkowe popołudnie.

Łukasz, Zibi i Tomek przytargali przyczepki z namiotami. Czwartą przyczepkę przywiezie Staszek samochodem. Jola, Marysia, Ania, Heniu, Kasia, Ola, Mateusz, Justyna, Zosia i ja oglądaliśmy nowy sprzęt.

Przyczepki w kolorze fioletowym przypominają wózki peronowe lecz mają pompowane koła z błotnikami. Gdy postawi się wózek luzem wygląda jak foliowy worek śmieciowy na ogrodzie. Zaczepiony do roweru stanowi zwięzłą, krótką całość, gdyż jedzie prawie pionowo, nieco pochylony do przodu. Pusty waży 8 kg. Oglądaliśmy przyczepki a także niebo, bo tam przewalanka. Słońce na przemian z chmurami. Wiatr północno-zachodni dmuchał z boku 8 m/sek. a w porywach z siłą 14 m/sek, zrywając czapki z głów gdy podjeżdżaliśmy na przejazd kolejowy Wrocław-Legnica.

Jezioro Kunickie (powierzchnia ok. 99 ha, głębokość do 7 m) granatowe z białymi grzywkami, wyglądało jak Bałtyk w sztormie. Do Kunic odprowadził nas Janusz ( na rowerze). Święto Komunalnika zatrzymało kolegę w pracy.

Polecieliśmy do drugiego jeziorka tj. do Jaśkowickiego, porośnięte trzcinami (27 ha, do 10 m. głębokości). Jechaliśmy znaną nam drogą, bo siódmego maja robiliśmy Korso Kwiatowe w Lubiążu. Na polach niebieskie bławatki, (wyciąg z kwiatów chabrów wykorzystywany jest przy produkcji kremów do cery wrażliwej), margaretki, kłosy traw, czerwone maki, pomarańczowe dziurawce falują na wietrze. Rozpadał się deszcz (Bangla desz...) "nawet jeśli trochę pada, to niech pada - nas chyba tutaj zaczarować musiał deszcz." (K. I. Gałczyński). Po chwili ustał deszcz i wiatr a słońce suszyło peleryny. Cały świat pachniał miodem i latem. W Kawickim sklepie byliśmy ok. 18.00 po 21 km. Zrobiliśmy ostatnie zakupy.

Klasztor pocysterski w Lubiążu widać z daleka. Przecięliśmy rzeczkę Cichą Wodę, tę samą, którą poznaliśmy na ostatniej wycieczce do Tyńca Legnickiego. Jezdnia równa jak stół. Podziwialiśmy ogromną bryłę dawnego opactwa. Ceramiczny dach (4 ha) błyszczy nowością. Od klasztoru do osiedla Lubiąż wiedzie aleja lipowa. Pachniała miodem. Po lewej stronie zielona dolina Odry. Samochodem dogonił nas Staszek. Na rowerach dojechał Tadeusz (mój sąsiad) z kolegą. Wjechaliśmy w pagórkowaty teren. Zielone przestrzenie, sosnowe lasy przetykane kwitnącymi łąkami. Sarenki umykały w podskokach.

Naprzeciw nam wyjechał Artur, prezes Klubu Rowerowego Cross z Wołowa.

Opuściliśmy wygodną smołówkę, by wjechać w leśną żwirówkę, wygodną i szeroką. Na wstępie małe jeziorko. Zatrzymaliśmy się. Ola wstążkami zaznaczyła kierunek, bo Andrzej ma dojechać po pracy. Droga przez las zwężała się z każdym kilometrem. Skończył się las i pośród łąk pokazało się jezioro i zaraz drugie. Słońce zachodziło powolutku. Cieszyliśmy się najdłuższymi dniami w roku. Ładne gospodarstwo agroturystyczne na końcu świata, (bo kończy się droga i trzeba wracać tą samą dwukilometrową ścieżką).

Gęsi asfalt zjadły a psy dupami szczekają - oszacował Tomek.

Godzina była 20.00, przejechaliśmy 42 km i ani jednej sarny.

Przyjechał Andrzej. Nie zabłądził dzięki znakom z kolorowej wstążki. Dwie godziny pędził jak burza. Mężczyźni rozpakowali przyczepki. Kobitki oglądały nowe namioty Sherpa 4. Jakieś składane pręty pięciometrowej długości.

- Gdzie bedroom?
- Przeczytaj instrukcję - doradził Zibi - Zaczyna się od tropiku. To jest praktyczne gdy pada deszcz. Sypialnię podwiesza się później.

Zdążyliśmy póki widno postawić na trawniku cztery namioty, podobne do tuneli ogrodniczych. Sypialnia ma dwa na dwa metry, przedsionek na rowery drugie tyle. Wysoki na półtora metra. Waży 5 kg. Teraz dopiero zacznie się test, bo nie wiadomo kto z kim ma spać. Jest kilka małżeństw, kilkoro singli, czworo młodzieży mieszanej, ledwie zakochanej, reszta w średnim wieku, różnych profesji. Wszystkich łączy miłość do dwóch pedałów. Andrzej rozciągnął przedłużacz (od kosiarki). Ola nastawiła czajnik elektryczny. Na kolację zestaw jedynie słuszny. Pasztet prochowicki i pomidor. Ola zorganizowała zbiorcze imieniny Zosi, Justyny i Joli. Były drewniane tulipany. Kolorów nie widziałam, bo zapadł zmrok. Staszek włączył CD i robił za DJ. Vaja con dios grała coraz głośniej. Nad paleniskiem skwierczały kiełbaski. Księżyc w pełni zapowiadał zimną noc.

Kawał: Makumba napisał list z Polski: Ja dobrze studiować, wygodnie mieszkać, nas dobrze karmić.
Rodzina odpisała: Cała wioska cieszy się z twojego sukcesu, szaman się cieszy, bracia i siostry radują się twoim sukcesem a tata tak się cieszył, że spadł z drzewa i złamał sobie ogon.

Noc była zimna ok. 5~7° C, ale krótka.

PS. Przyczepki, które przyciągnęli koledzy prowadziły się lekko, - mówili panowie - jedynie pod górkę dawały znać o sobie.
 

Dzień drugi - 17.06.2000
Około 11.oo pożegnaliśmy Agroturystykę państwa Emilii i Mikołaja Garberów w Dębnie. Urocze miejsce. Bardzo mili gospodarze (będą zdjęcia). Raj dla wędkarzy. Trzy tony ryby pływa w najmniejszym jeziorze. Pojechaliśmy do Goliny. Początkowo przyjemnie było jechać asfaltową drogą na Tarchalice do Wodnicy. Zbliżaliśmy się do Parku Krajobrazowego "Dolina Jezierzycy".

Pogoda zmienna. Przelotne upały na przemian z pełnym zachmurzeniem. W Wodnicy mały dylemat: Jechać 4 km przez las czy 8 km asfaltem. Sosnowy las wyglądał zachęcająco, pachniał żywicą i wciągał (w pułapkę). Zakopaliśmy się w piaskach. Jechałam jak na torze żużlowym: kierownica w prawo, jadę w lewo i leżę. Ola wymiękła: - Nie jadę dalej!

Kilka osób prowadziło rowery.
- Nie narzekaj Olu! - uspokajała Ania - Ja nie lubię deszczu i nie narzekam.
Jak na zawołanie spadł krótkotrwały deszcz. W lesie pachniało grzybami.

 

W Orzeszkowie usiedliśmy przy sklepie na piwo (bezalkoholowe) dla zdrowotności. Ola z Anią zafundowały szampana. Zosia degustowała trunek z kubka po jogurcie. Do miejscowości Konary Heniu poprowadził nas utwardzaną drogą a przez obie Moczydlnice to już grzaliśmy super wygodną drogą z widokiem na Dolinę Jezierzycy. Widać coraz więcej jezior rozjaśnionych słońcem. Na biwaku w Golinie wylądowaliśmy ok. 15.30 po 31 km.

 

Ośrodek wypoczynkowy prowadzi Zakład Karny z Wołowa. Lokalizacja piękna. Więcej wody jak ziemi. Same groble i wyspy. Dziwne, że nie ma komarów. Urządzenie biwaku w trymiga. Z Wołowa dojechali gospodarze czyli Cross z sakwojażami pełnymi kiełbasy, chleba, musztardy itp.

Mając w pamięci zimną noc rozgrzewaliśmy się przy ognisku. Marysia nasmarowała kolana jakąś maścią p/reumatyczną i już mogła tańczyć. Mężczyźni nie potrafią śpiewać ale za to jak tańczą! Ania prezentowała rock and rolla akrobatycznego. Ponoć rok temu nie mogła butów zawiązać. Rowerystyka terapią na dyskopatię. Część gospodarzy wróciła po nocy do Wołowa. Leszek (architekt) przenocował i to w "naszym" namiocie. Było ciepło.

Dzień trzeci - 18.06.2000
Na śniadanie wrzątek ale zimny.

Artur, prezes Crossu zaprosił nas do udziału w wyścigu po Parku Krajobrazowym. O 11.30 opuściliśmy teren Alkatras w Golinie. Słońce aż kłuje w oczy. Pojechaliśmy przez Wołów na zawody do lasu.

Wołów ma ok. 15 tys. Mieszkańców, jest starą polską osadą, która prawa miejskie otrzymała około roku 1285 od księcia głogowskiego Henryka III. Od XVI wieku istniała tu mennica. Po rozebraniu murów obronnych i osuszeniu fosy miasto zaczęło rozbudowywać się w kierunku zachodnim. Jest kilka interesujących zabytków min. kościół parafialny Św. Karola Boromeusza barokowy z 1724r

 

Przejechaliśmy przez miasto do lasu. Ileż jagód ! A ile rowerów: Speedery, GT Arrowheady, GT Ricochedy, Author impuls, traction... EkoRama jeździ na góralach, trekkingach i klasycznych wyścigówkach. Andrzeja rower z amortyzatorami kosztuje tyle co popularny samochód. "Ukrainy" nie ma ani jednej.

 

Zawodnicy w kaskach pruli pod górkę, po piaskach aż rwały się łańcuchy. Z Legnicy zatelefonował do Tomka redaktor Szczepan Knap z Radia Plus Legnica (102,6). Tomek nadał w eter krótką relację. Wyjechaliśmy z lasów do domu. Drogi są piękne. W ogrodach róże i niebieskie clematisy. Zabawny był złoty jeleń na kopczyku w ogrodzie. Niewiadomo kiedy dolecieliśmy do Lubiąża. Przy klasztorze szarych braci byliśmy ok. 16.30 Tu przerwa na obiad. Sześć pierogów za sześć złotych. W Odrze niski stan wody. Znaną nam drogą pośród zbóż pojechaliśmy do Zimnic przez Kunice. Na miejscu piątkowego startu zatrzymaliśmy się aby posegregować sprzęt i pożegnać się.

- Heniu! Czy test wypadł pomyślnie?
- Zdaliście na piątkę.

W domu byłam ok. 19.30.

Alles zusammen do kupy 134 km.

I to wszystko, całe story.

hb.